Wracam sobie piętnastką z uczelni, 17:32, angielski się skończył. Stoję w autobusie uwieszona poprzecznej rury jak King-Kong, zarzuca mną na każdym zakręcie, ale przecież nie usiądę, bo listopad miesiącem uprzejmości itd., a jedyne wolne miejsce jest... no właśnie... Jedyne wolne miejsce jest tam, skąd do nozdrzy moich dziwny zapach dociera... Zapach, powiedziałabym kwaśny, tak jakby do zgniłych jabłek dorzucić zmielone winogrona, dołożyć spleśniałe śliwki Węgierki i zalać to wszystko 90-kilku procentowym alkoholem w postaci czystej... Odwracam głowę w tym kierunku. Uszy zaczynają odbierać płynące stamtąd bodźce dźwiękowe w postaci konwersacji dwóch mężczyzn.
- ... i Rychu ja ci mówie, że roboty ni ma. Ni ma i nie bydzie!
- Ja to ci Janek powiem, że w Urzędzie sie normalnie zarejestrowałem. Ale mi ulice kazali zamiatać. To se stamtąd poszłem, bo przecież z miotłom latać nie bede.
Po czym pan Ryszard pociągnął łyk solidny z butelki schowanej w reklamówce w kwiatki.
Obaj wysiedli na następnym przystanku.
środa, 18 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz