I'm back.
Nie tak bardzo zmęczona, jak po zeszłotygodniowej wyprawie (czyli są jakieś plusy). Co nie zmienia faktu, że bez megawkurwu się nie obeszło. Dzień bez wkurwu dniem straconym. Ale po kolei.
W piątek kolega, który wziął na siebie załatwianie brakujących wpisów (i tym samym zdjął z mych barków piątkową wycieczkę do Torunia), zadzwonił do mnie (wow!) i poinformował, iż wpis mam zrobiony (czego się spodziewałam) oraz, że Baba Dziekanatowa upiera się, że żadnego podania o warunek nie składałam (czego nie spodziewałam się w ogóle) i że coś mi się uroiło, bo ona żadnego takiego dokumentu nie posiada.
Powyższe informacje, po dotarciu do istoty szarej w mojej czaszce, utworzyły biliony nowiuteńkich połączeń między neuronami, po czym w piorunującym tempie (podejrzewam, iż jednostką ich prędkości był parsek) uderzyły w część współczulną mojego autonomicznego układu nerwowego, która to zareagowała na ten bodziec natychmiast, podnosząc mi ciśnienie krwi na 500. No bo jak to nie ma mojego podania?! Przecież na własne oczy widziałam, jak pakowała je w mój indeks i odkładała razem z nim na stolik! Noszzzzzz kurwa, brak mi słów!
Dlatego właśnie dzisiaj, o godzinie ósmej pięć startowałam do Torunia. Najpierw zrobiłam wpłatę na poczet tego jebanego warunku (żeby mieć jakąś przewagę nad wydziałową biurokracją), a później dwie godziny w miarę spokojnej jazdy, żeby nagle w Inowrocławiu, poprzez maciupeńką żółtą tabliczuszkę poinformować mnie, że droga do Torunia jest zamknięta i już w tym momencie powinnam skręcić, żeby "trafić" na objazd. Dobrze, że z refleksem u mnie całkiem-całkiem.
A tak w ogóle, czy objazdy mają jakieś ograniczenia jeżeli chodzi o ich długość? Pytam, bo dzisiaj pokonałam tym objazdem 37 kilometrów (patrzyłam na licznik), przez jakieś turki-mazurki (wjeżdżając do siódmej z rzędu wioski, w której krowy pasą się na środku jezdni zaczęłam się z lekka niepokoić, czy aby jadę we właściwym kierunku, ale stojący "nieopodal", bo po przejechaniu siedmiu kilometrów, znak z napisem "Objazd zalecany" poinformował mnie, iż obrałam kurs właściwy), żeby wyjechać o pięć kilometrów dalej od celu mojej podróży, niż w momencie, kiedy rozpoczynałam objazd.
Na szczęście zdążyłam dotrzeć pod wydział w godzinach otwarcia dziekanatu i znaleźć wolne miejsce parkingowe (słowo daję, ze gdybym takowego nie znalazła, to wjechałabym samochodem do dziekanatu. Prosto na biurko Baby Dziekanatowej). Następnie pogalopowałam po tych naszych prawno-administracyjnych marmurach, zapukałam do drzwi, wlazłam zanim usłyszałam "proszę" i wkurw mnie trzepnął nieziemski, gdyż albowiem okazało się, iż moje podanie o warunek (to z 15.09.) jest obecne. Tylko przełożone. A Babsztyl Z Dziekanatu mówi, że jej nigdy nic nie ginie i ona nie wie, skąd mam informacje o zgubieniu podania i że ona nie jest moją sekretarką. Dosłownie: nie jestem pani sekretarką. Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. No oczywiście, że nie jest moją sekretarką. Bo, po pierwsze, nigdy bym nie zatrudniła takiej sekretarki, a po drugie, jeśli bym takową zatrudniła (w wyniku zaćmienia umysłu, amnezji, niezrównoważenia psychicznego), to natychmiast bym ją zwolniła.
A tak - złożyłam nowe podanie razem z odcinkiem wpłaty i opuściłam tą Stajnię Augiasza, zostawiając Babuna mruczącego coś o niewychowanej młodzieży.
Droga powrotna należała do tych bardziej przyjemnych; Rydzyk oddał mi fale radiowe już po przejechaniu trzydziestu kilometrów (cud!), krowy pozłaziły z dróg, a objazd na Poznań oznakowany był znacznie lepiej.
środa, 18 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz