Dzień mignął-śmignął, nawet nie wiem jak i kiedy. Wstałam o 10:49, bo położyłam się o 02:40. Ok. 13 ruszyłyśmy z dziewczynami na Starówkę pooglądać Mikołaje i porobić zdjęcia pod tym największym - Kuppiernikiem, któremu to czapę pan dźwigowy zakłada, bo dla innych to za wysoko. Z aparatem o kilkanaście fotek bogatszym pocwałowałyśmy na Odrodzenia, co by w piętnastkę wsiąść i na kanarów czatować, gdyż w ubiegłym roku podobno cukierkami częstowali tych, którzy biletem się legitymowali. My mamy miesięczny, więc jeździć możemy w tą i z powrotem i w koło Macieju aż do znudzenia. Dlatego przejechałyśmy się raz (kanarów nie było) i poszłyśmy do Polo po chleb nasz powszedni.
Wróciłyśmy głodne jak wilków wataha, więc obiad od razu stworzony został i zjedzony natychmiast z patelni niemalże. Później kawa i Mikołaj czekoladowy, następnie maila pisanie, maila sprawdzanie, oglądanie koralików i półfabrykatów, szkatułek i innych puzderek, aż w końcu szybkie spojrzenie na pasek zadań, żeby ze zdziwienia usta otworzyć i oniemieć zupełnie, że już jest ta godzina! I jak to możliwe i matko, och matko, i gdzież ten zgubiony czas mógł się podziać?!
Jedynym rozwiązaniem, jakie do głowy mej zapukało, było zjedzenie Mamby malinowej (ukochanej mojej) i opiłowanie paznokci. "Wobec rozpętanych sił natury należy zachować stoicyzm", dlatego teraz ze stoickim spokojem sięgam po buteleczkę z lakierem...
środa, 18 listopada 2009
Mikołajki 2008 (07.12.2008, g.01:21)
środa, 18 listopada 2009
Etykiety:
cukierki,
miesięczny,
Mikołajki,
piętnastka,
wobec rozpętanych sił natury...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz