środa, 18 listopada 2009

Misz-masz dwa (28.06.2009, g. 17:14)

środa, 18 listopada 2009
Relacja z ostatnich dni w Toruniu.

CZWARTEK:

Szczyt szczytów, szczytów szczyt!
Przyjechałam do Toronto specjalnie. Specjalnie dzisiaj. Specjalnie w tym celu wstałam o piątej trzydzieści, żeby na wcześniejszy autobus zdążyć, żeby być w tym zakichanym mieście przed dwunastą trzydzieści. W jakim celu? Ano po to, aby podanie o warunek w dziekanacie złożyć (dziekanat do 12:30 przyjmuje interesantów, później tylko telefony...) teraz, kiedy jestem świeżo po sesji, co by we wrześniu terminu nie przegapić.
I jak już tak sobie na wydział zaszłam i w kolejce do dziekanatu stanęłam, to tak mnie jakoś naszło... Takie przeczucie... Takie "tknięcie"... i tak sobie pomyślałam... tak zaczęłam wyliczać w myślach przedmioty zaliczone w tej sesji... I nagle taki "błysk" niczym wielki cytrynowy piorun rozświetlił w ułamku sekundy zakamarki mojej czaszki, uruchomił wszystkie neurony i zagonił je do pracy intensywnej, której efektem była myśl: Kurwa! Przecież nie mam wpisu z "Instytucji"! Była to myśl kluczowa, fundamentalna, która powinna pojawić się już w domu, a jakoś się nie pojawiła, gdyż jej miejsce zajmowała niezbita pewność posiadania uzupełnionego indeksu... A kobita od "Instytucji" mówiła: zrobię państwu wpisy w lipcu. No żeż fuck!!!
Tak więc wyszłam z kolejki i klnąc w myślach na czym świat stoi (bo się, kurde, niepotrzebnie fatygowałam) wróciłam do akademika. I w tym miejscu wykorzystałam nadludzką moc mojego wcurwu pakując wszystkie rzeczy, które wrócą razem ze mną w sobotę do domu.

PIĄTEK:

21:47. Rozmrażam lodówkę. W ramach podziału obowiązków związanych z wyprowadzką. Lodówka śmierdzi. A właściwie z lodówki śmierdzi. Dziwne, bo nic się w środku nie popsuło...
01:30. Udało mi się wreszcie otworzyć zamrażalnik. A w nim prezent! Ooooo! Mrożona cuchnąca marchewka zostawiona przez BK. Słowo daję, że coś tej dziewusze kiedyś zrobię...!
01:35. Po usunięciu marchewki lodówka przestała wydzielać nieprzyjemną woń. Czyli mogę spać spokojnie.

SOBOTA:

Pobudka o 7:45. Lodówka ciągle jeszcze się rozmraża (dziwne... ale stara jest, więc może to dlatego...) zamrażalnik do połowy skuty lodem.
08:30. Mama dzwoni, że już parkuje pod akademikiem.
Pakujemy walizy do samochodu.
09:55. Zostawiam prawie rozmrożoną lodówkę bez asysty - chyba sama sobie poradzi.
Wracamy do domu. Nareszcie.
A resztę już znacie... ;)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 
◄Design by Pocket, BlogBulk Blogger Templates. Distributed by Deluxe Templates