wtorek, 24 listopada 2009

Toruńskie "Słowiki" (?)

wtorek, 24 listopada 2009 0
O piątej trzydzieści rano, czyli dla mnie w samym środku nocy, obudził mnie chór chłopięcy o intrygująco chropawym brzmieniu. Jego członkowie przygotowali pieśń będącą hołdem dla nieobecnych, śpiewając na głosy (wyjątkowo naiwne z mojej strony uzasadnienie "nierówności" śpiewu) "cuuuudooownyyyyyyyyyych roooodzyyyyyyyyycóóów mam!" Koncert ten odbywał się, wnioskując po akustyce, na głównym holu drugiego piętra, zapewne dla uczczenia informacji o wpłaceniu pieniędzy na konto przez wyżej wymienionych "cudownych rodzyców". Chór bisował kilkudziesięciokrotnie, stosując między jednym a drugim powtórzeniem około półminutowe przerwy, które za każdym razem napawały mnie nadzieją, iż koncert właśnie dobiegł końca i mogę spać spokojnie, jednak gdy tylko zaczynało mi się robić "błogo" refren utworu na cześć "cudownych rodzyców" wyrywał mnie brutalnie z objęć Morfeusza. Kiedy chłopcy definitywnie zakończyli część wokalną, zaczęli, jak mniemam, znosić "instrumenty" ze sceny, gdyż dało się (oj dało!) słyszeć brzęk tłuczonego szkła. W końcu nie od dziś wiadomo, że naczynia szklane wypełnione wodą potrafią w rękach wirtuoza wydawać naprawdę cudowne dźwięki. Podejrzewam, iż wodę znajdująca się na początku występu w owych "instrumentach szklanych" można by określić wzorem C2H5OH, chociaż pewności do końca nie mam, gdyż pamiętam jeszcze nie tak odległe czasy (bo zeszłoroczne), kiedy to w jednym z "apartamentów" na drugim piętrze można było nabyć, za symboliczną kwotę dwudziestu złotych za litr, alkohol bez banderoli, sprowadzany zza wschodniej granicy, o wdzięcznej nazwie "Fryderyk", którym zapijali się moi byli piętrowi współmieszkańcy, a którego wzoru nie znam i niech tak pozostanie.
Koniec końców, nie zasnęłam już tej nocy (tego ranka?), więc tekst ten wstukuję prawie nosem.
Kawy!

czwartek, 19 listopada 2009

Akademik po prostu...

czwartek, 19 listopada 2009 1



środa, 18 listopada 2009

Akademik... (07.11.2009, g. 09:56)

środa, 18 listopada 2009 0
Matko, ja chcę do mojego domu! Na stałe! Bo w tej "domowej namiastce", w której się obecnie znajduję, dostanę na łeb już dokumentnie. Jak nic. Wstaję o pół do dziewiątej. Idę pod prysznic. A tam... na podłodze wala się zielony groszek, kukurydza oraz resztki chyba-obiadu jakiegoś rozimprezowanego człeka. Nie wspomnę jakie mam odruchy na ten widok. Idę piętro wyżej, tam jakby ciut lepiej, wiec biorę prysznic i szybko wracam do pokoju. Jednak za chwilę okazuje się, że mój pęcherz wzywa mnie w jeszcze jedno miejsce... W to, które wzbudza moją odrazę na sam dźwięk słów "WC w akademiku"... Za każdym razem gdy się tam zjawiam mam wizje. Wizje, obrazujące wielkiego czarnego sedesowego potwora, który czai się gdzieś w syfie przy spłuczce i tylko czeka, żeby dziabnąć mnie w tyłek. Nie żartuję!
Tak więc wchodzę, a właściwie zatrzymuję się przy progu, bo wejść się nie da. Znaczy, da się, ale istnieje niebezpieczeństwo przyklejenia się do tamtejszej podłogi. Dlatego idę na piętro drugie. Tam analogiczna sytuacja, tak samo na trzecim. Wracając z piętra czwartego (ostatniego) jestem tak przerażona, że już nie pamiętam po co tam poszłam. Tak samo, jak mój pęcherz, który, po tak ciężkim szoku, nie ma już żadnych żądań.
Mieszkając przez dwa lata na czwartym piętrze myślałam, że tylko tam jest syf do tego stopnia. Ha! Moje poglądy były płaskie jak ziemia w średniowieczu. Ja nie wiem jak tak można... a zresztą brak mi słów. Apatia. Dobrze, ze za moment zjawi się tu KujAga i wyjdziemy gdzieś na miasto...

Niech żyje zgrabnosć! (28.10.2009, g. 17:22)

Moja babcia powtarza: Dziecko! Ty pamiętaj, jak tam będziesz w tym Toruniu, żeby jeść codziennie przynajmniej jeden ciepły posiłek! Cóż, ostatnio różnie z tym bywało, bo a to wszystkie palniki w kuchni zajęte akurat wtedy, gdy jestem głodna, albo taki syf, że wchodząc kroku dać nie można, bo się buty lepią do podłogi (akademik...), więc od razu przechodzi ochota na gotowanie i konsumpcję jakąkolwiek.
Dlatego wracając dzisiaj z zajęć, przebyłam autobusem linii piętnaście kierunek Rubinkowo II o jeden przystanek więcej niż zazwyczaj i wysiadłam na Starówce. Odczekałam swoje w kolejce do bankomatu (gdyż albowiem to jedyny Starówkowy bankomat banku na trzy, a w porywach na pięć liter), po czym wypłaciłam pieniądze i nogi samoczynnie poniosły mnie w kierunku zapiekanek (to już chyba jest jakieś zboczenie). A tam, oprócz rzeczonej zapiekanki (z surówką i ketchupem, co jest wręcz kluczową kwestią) zakupiłam dwa gofry na wynos - jeden z pudrem, a drugi z bitą śmietaną oraz owocami. Kierując się w stronę akademika rozmyślałam sobie, jaką to jestem usłuchaną wnuczką (w końcu zapiekanka to posiłek ciepły), a przy okazji precyzyjnymi cięciami obu moich uzębionych żuchw dzieliłam starannie kapustę z surówki na drobne kawałeczki, żeby kolejny raz wiochy na chodniku spadającą jarzyną nie robić. I wszystko szło po mojej myśli do momentu, w którym podchodząc pod górkę na Rapaka musiałam wyminąć gromadkę goębi-półlotów (fruwają tylko w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych, dostania się na czwarte piętro akademika przez okno, tudzież odpędzeniu konkurenta od okruchów, w innych przypadkach zachowują się jakby nie miały skrzydeł. Na chodniku spokojnie można je rozdeptać), które postanowiły koczować na samym środku drogi. Tak więc zaczęłam już manewr wyprzedzania, podgryzając z zadowoleniem chrupiącą skórkę pieczonej bułki, a tu nagle jeden pierzasty postanowił odłączyć się od swojej grupy i nawet się nie rozglądając wlazł mi prawie pod nogi! W tym momencie z jedną kończyną dolną w powietrzu (bo gotowa była już do postawienia kroku) rozpoczęłam balansowanie ciałem, przeczuwając, że koniec jest bliski. Był. Z tym, że zamiast spodziewanej utraty równowagi, z zapiekanki "sfrunęła" uketchupowana czerwona kapusta, lądując na mojej chustce, na moim płaszczu, na torbie, w której niosłam gofry oraz z lewej strony mojego lewego trampka. Great. Cóż, wyglądać to musiało przekomicznie, biorąc pod uwagę, że mijający mnie facet z aktówką aż przystanął i zapytał: może chusteczkę? Podziękowałam, gdyż akurat (cudem jakimś) dysponowałam swoimi. Kiedy już po wstępnym odkapuszczeniu znalazłam się w tej mojej klitce na pierwszym piętrze i stwierdziłam, że czas teraz na pocieszalnego gofra z bitą śmietaną i owocami, doznałam kolejnego szoku: na moim gofrze, na bitej śmietanie, pomiędzy owocami znajdowało się co? Oczywiście kilka pasków czerwonej kapusty... Klątwa jakaś normalnie. Albo znak, że czas skończyć z zapiekankami na czas jakiś.
Ech, niech żyje zgrabność, po prostu.

Absurdalny system podań (16.10.2009, g. 22:50)

Kolejny dzień z serii tych, w których "świat mi ręką nie idzie". W sumie zaczęło się od wczorajszego wieczoru, kiedy to doszłyśmy z Gosią do wniosku, że, w ramach odreagowania oraz integracji, powinnyśmy obalić butelkę wina. Obaliłyśmy dwie. Gośka "odpadła" koło pół do dwunastej, ja jeszcze się pokręciłam po pokoju (dosłownie), zmyłam makijaż (wow), wzięłam prysznic (i nie zdemolowałam przy tym łazienki, chociaż wracając do pokoju zastanawiałam się, dlaczego w akademiku wstawiają takie wąskie drzwi... Swoją drogą, to bardzo ciekawe zjawisko, znaczy nie szerokość drzwi, a to co się dzieje ze mną po spożyciu znacznej ilości alkoholu. Bo otóż, Moi Mili, mam ogromne problemy z koordynacją ruchów i ogólnym panowaniem nad ciałem przy jednoczesnej jasności umysłu. Więcej, ujawniają się wówczas moje talenty językowe, ale to podobno jest efektem "normalnym", występującym u większości ludzi...), po czym grzeczniuteńko zległam na moim łóżku trzydzieści minut po północy. O szóstej rano wyrwał mnie z najlepszej fazy snu mój budzik, obwieszczający, iż mam jeszcze dwie godziny do pierwszego z trzech dzisiejszych fakultetów. Obowiązkowych, dodam. Tylko na momencik opuściłam powieki, po czym podniosłam je pół godziny później (jak to możliwe?!) i latałam jak kot z pęcherzem, żeby tylko się wyrobić. Autobus zwiał mi sprzed nosa, wsiadłam w następny, wysiadłam przy rektoracie i rozpoczęłam sunięcie z prędkością światła w kierunku naszego Wydziału Na Zadupiu. Będąc w połowie drogi odebrałam telefon. BK. Że fakultet, na który właśnie pruję, odwołany. Do następnego dwie godziny. Nie opłacało się wracać do akademika, więc dwie godziny spędziłam z trójką innych, w ten sposób wykiwanych dziewczyn oraz półlitrową butelką Cisowianki w wydziałowym "barze". W ciągu następnych prawie-dwóch-godzin starałam się przeżyć kolejny fakultet namiętnie rozwiązując sudoku. Natomiast trzeci fakultet... No cóż... Weszła jędzowata babka i od progu poinformowała, że ten przedmiot nie jest skierowany do europeistyki, gdyż albowiem jego strona merytoryczna będzie pokrywała się z obowiązkowym wykładem w przyszłym semestrze. Więc nie wiem, czy dziekan to państwu zaliczy, bo to tak, jakby przedmiot się zdublował... Państwo nie znają planu studiów? Cóż, no to szkoda...
Siedem osób wyszło, w tym ja. Nie będę się z francą użerać. I co nam po planie studiów, jeżeli wykład nazywa się "Ochrona własności intelektualnej", a fakultet "Prawo autorskie"? To co, mamy przed każdym październikiem brać szczegółowy opis zajęć od każdego wykładowcy i sprawdzać, czy przypadkiem coś się nie pokrywa z fakultetem?! No nie bądźmy, kurde, śmieszni! Już i tak rozwalają mnie teksty umieszczane na naszej stronie www, gdzie to przytacza się pogrubioną czcionką postanowienia Rady Wydziału, że na każde rejestrowanie i wyrejestrowanie musi wyrazić zgodę Jaśnie Pan Dziekan. Już to, kuźwa, widzę; "Zwracam się z uprzejmą prośbą o wydanie zezwolenia na jednokrotne kliknięcie myszą w uczelnianym systemie USOS, w karcie "fakultety" na ikonkę z koszyczkiem, a w przypadku jej braku, na link "wyrejestruj". I odpowiedź: "Szanowny/a Pan/Pani Agnieszka Jakaśtam otrzymuje zgodę na jednokrotne kliknięcie myszą. Dokument otrzymują: 1) Adresat, 2)WPiA a/a" i tak, na przykład pięćdziesiąt razy. Bo czegoś nie utworzą z powodu braku chętnych albo okaże się nagle, że dany przedmiot koliduje mi z angielskim, albo inne cuda-niewidy. Great.
Odpuściłam sobie też weekendowy powrót do domu, gdyż ponieważ musiałam udać się w jeszcze jedno miejsce i załatwić very-important-thing, której oczywiście nie udało mi się załatwić (don't ask...) i, w ostatecznym rozrachunku, nie zdążyłam na autobus. Super. Zaowocowało to oczywiście fochem eSowatego, no bo przecież miałam wrócić, mieliśmy spędzić trochę czasu razem, a tu dupa no i zonk. Kurde, jeszcze się nie nauczył, że odgrywanie oburzonych princessek rusza mnie tak samo jak artysta-malarz betoniarkę. Chce mieć focha - niech se ma. Nie moja brocha. Skoro nie rozumie, że nie wszystko jest ode mnie zależne i choćbym się posrała nie zawsze uda mi się wszystko dopiąć na ostatni guzik, to niech lepiej spada, bo szkoda i jego i mojego czasu. Może jestem zimną francą, ale nie mogę dźwigać wszystkiego sama. To jest ponad moje siły. Więc niech przyjdzie w końcu lepszy dzień albo przyleci jakiś zamachowiec i zrzuci średniego kalibru pocisk na tą naszą Prawno-Administracyjną Tanc-Budę i rozpieprzy ją w cholerę albo raz niech usłyszę, że mnie chociaż myślami wspiera. Nie wymagam, żeby rozumiał. Wystarczy słowo "wsparcie". Ech.

Historia mrożąca krew w żyłach (14.10.2009, g. 17:05)

Warunek się odbył. Wsiadłam z dziewczynami w piętnastkę, wysiadłam na Kraszewskiego i zdecydowałam, że skoro wieje i pada, a ja jestem na chodzie, to od razu zrobię sobie spacer w celu zasięgnięcia informacji w pewnej sprawie, bo jak wrócę w ciepłe progi akademika, to o jakimkolwiek późniejszym wychodzeniu nie będzie mowy. O piętnastej piętnaście stanęłam u celu wyprawy niemożebnie szczęśliwa, że go osiągnęłam i że zaruteńko otrzymam interesujące mnie dane. Aby wejść, dzwonię domofonem. Nikt nie odpowiada. Dzwonię więc do innego lokalu, z którego oburzony głos Jakiejś Damulki informuje mnie, iż piętro wyżej nikogo już nie ma. Pani nie wie, że urzędują do piętnastej?! Nie, nie wiem, gdyż nie ma wywieszki. Ale już jest po piętnastej! Proszę przyjść jutro, tylko z rana! Jasne, jasne. Z rana...
Dobra, no to wracam. Idę tempem w miarę szybkim, no bo piździ jak głupie, aż tu na skrzyżowaniu Krasińskiego z Klonowica wibruje mi telefon w torbie. Wibruje, więc wyciągam. Wyciągam za zawieszkę (bo to torba "multilotek", w której komora jest tylko jedna z zawsze zwolnioną blokadą i trzeba nieźle łapą zamieszać, żeby coś wydobyć, a i tak nie do końca wiadomo, co się wylosuje) i nagle, nie wiem, jakim cudem, zawieszka "wyślizguje" mi się z ręki, po czym w zwolnionym tempie widzę, jak mój telefon, wykonując piękny obrót, bierze kurs bezpośrednio na kałużę, po czym w nią wpada. Wyświetlaczem do dołu. Na usta ciśnie mi się tylko przekleństwo, którego używam, wywołując przy okazji zdziwienie połączone z uśmiechem mijającego mnie chłopaka. Wyławiam telefon, ryję w torbie za chusteczką. Znajduję ją, wycieram telefon. Normalna procedura pierwszej pomocy w takich wypadkach wygląda zgoła inaczej, jednak w tym momencie nie dysponuję ani miejscem ani środkami odpowiednimi do przeprowadzenia takiego zabiegu, a przecież liczy się czas reakcji.
Patrzę na komórkowy wyświetlacz... CZARNY! Podświetlam - nie działa! Matko! Tracimy go! Wciskam przycisk włączający (ręce drżą, serce w gardle) - jest! Ekran startowy, okienko "Wpisz PIN", sieć znaleziona. I od razu dzwonek. Odbieram - to eSowy.
S: - Oczywiście nie mogłem się do ciebie dodzwonić jak zwykle.
A: - Oczywiście. Telefon w kałuży uczyłam pływać.
S: - Oczywiście. Tylko tobie się takie rzeczy potrafią przydarzyć.
A: - No oczywiście.
S: - I oczywiście wracasz do domu na weekend?
A: - Oczywiście.
S: - I oczywiście nie będziesz miała dla mnie czasu jak zwykle.
A: - Pytanie czy stwierdzenie i po czym wnosisz?
S: - Robisz się bardzo "prawnicza". Jeszcze trochę poprzebywasz ze swoimi kolegami ni to prawnikami i nie będę mógł porozmawiać z tobą bez kodeksu.
A: - Jeszcze trochę poprzebywam z tobą ni to informatykiem i nie będę potrafiła postawić kropki bez dopisania com.pl
I coś nam przerwało. A szkoda, bo zapowiadało się na naprawdę ciekawą rozmowę.
Kontynuując powrót do akademika, postanowiłam jeszcze wejść do Polo, bo lodówka czeka na gruntowne szorowanie, a nie ma czym tego dokonać. Przy okazji zakupiłam bułki, jednogarnkowe danie ze słoika na dzisiejszy obiad, Cifa oczywiście, a także dwa bilety ulgowe. I zadowolona, szybkim krokiem maszeruję, dopadam drzwi akademika, biorę klucz z akwarium, otwieram pokój, wkładam klucz w zamek od wewnątrz, otwieram moją NOWĄ torbę... i czuję smród Cifa... No żeszszszszzzzzzzzzz faaaak! Bo samo fuck to za mało. Zapalam światło, bo ciemno jak w norze i wyciągam po kolei:
- bułki - nienaruszone - uff.
- jednogarnkowe danie słoikowe - czyściutkie - uff.
- Cif - otwarty - o kurwa...
I na tym koniec dobrego. Wywalam z torby resztę rzeczy i doprowadzam je do kultury. Wywracam torbę na lewą stronę i doprowadzam ją do stanu używalności, czyli najzwyczajniej w świecie piorę i wieszam na grzejniku. Wychodzę z pokoju. Wchodzę. Smród Cifa nieziemski utrzymuje się w przestrzeni powietrznej naszego lokum. Piszę kartkę Gosi, która pewnie zaraz wróci, że jeżeli będzie czuła "zapach" Cifa, to niech się nie łudzi, że już umyłam lodówkę. Ta woń może pochodzić z:
a) wnętrza mojej torebki (które w chwili obecnej jest "zewnętrzem"),
b) mojego piórnika (który też wyprany i się suszy),
c) mojego etui na dokumenty,
d) mojego portfela,
e) mojej kosmetyczki
f) eMPe czwórki,
g) lub mojego telefonu (bo on też oberwał, bidulek), a najprawdopodobniej wszystkie te rzeczy wydzielają ten smród jednocześnie.
Ja wychodzę. Przejść się. Wiem, że pada i że wieje, ale w tym momencie mam to w głębokim poważaniu.

KURTYNA!

Absurd goni absurd (13.10.2009, g. 23:58)

Miało być inne podejście. Luz totalny. Miało...
Ale nie będzie! Kuźwa, nie będzie! Zwłaszcza dzisiaj, po esemesie od koleżanki Karnistki (takiej jak ja)
Hejka Aga, nie wiesz przypadkiem, o której jest jutro ten warunek? Bo na forum piszą, że półtorej godziny później niż na wywieszce na wydziale...
Nieeee noooo KURWAAAAAA!!!
No i wchodzę na to forum... Znajduję wątek... Czytam posty... Taaaa... Starościna informuje, że egzamin o 13:30. W innym audytorium.
Rzucam mięsem w mojej głowie, bo tu, gdzie siedzę, ściany są zbyt cienkie, żeby taką dawkę rzeźni wytrzymać. I tak, kuźwa pójdę na 12! Bo a nuż się komuś znowu coś odwidzi. Tak jak Doktorowi Cywiliście, który w dniu warunku odwołał go z powodu choroby, dodając, że przełoży termin może na za tydzień. Ja pierdolę! Ludziska wkurwieni na maksa (nie dziwię się w ogóle), moja kumpela wróciła specjalnie z Erazmusa na ten warun, a tu... DUPA!
Dochodzę do wniosku, że dziekanem na naszym wydziale powinien być alfons. Może zapanowałby nad tym burdelem!
Fuck, fuck, fuckfuckfuck!
Ja pierdolę, idę spać.

System USOS (11.10.2009, g. 19:56)

Jutro znowu Toruń. I z tej okazji kolejny wkurw. Już nawet nie przez to, że będę musiała wstać najpóźniej o piątej trzydzieści, żeby zdążyć na autobus, którym będę się tłukła trzy godziny; nie przez to, że mam jutro w planie angola z nowym facetem, który sam jeszcze nie wie, czego ma od nas wymagać; nie przez to, że do domu wrócę dopiero za pięć dni i nawet nie przez to, że nasz pokój w akademiku to klitka usytuowana w północnym skrzydle, jeszcze mniejsza od poprzedniej, z małym oknem przed którym rosną wypasione świerki i do tego stopnia kradną nam światło, iż nawet w słoneczny dzień musimy włączać górne oświetlenie i obie nasze lampki. Nie. Powodem mojej złości do białości jest nasz uczelniany system elektroniczny, zwany USOS-em, przez który dokonujemy rejestracji na przedmioty oraz możemy sprawdzać oceny z egzaminów i zaliczeń. I w którym to jeszcze 04.10.2009 roku byłam pomyślnie zarejestrowana na trzy fakultety, a wczoraj w nocy wchodzę, patrzę... a tam, na liście moich przedmiotów tylko karne, angielski i dwa fakultety. Dwa! A trzeba opękać trzy w tym semestrze (dziwne, bo w planie studiów, który nas obejmuje widnieje, że pięć w trzy lata, a jak tak się zsumuje te już opękane i te, które dopiero nadejdą, to wychodzi osiem! Ale Panie Z Dziekanatu uparcie twierdzą, że trzy w tym semestrze i trzy w następnym, więc nie będę się spierać...). A drugi "nabór" zakończył się 08.10.! Super! Ta, w sumie to moja wina, bo nie sprawdziłam, czy muszę się na coś "dorejestrować" czy nie. Ale to mam, kuźwa, w takim razie codziennie sprawdzać, czy przypadkiem komuś się nie odwidziało cofnąć zgody i wysiudać mnie z interesu, w którym "uczestniczyłam" od czerwca?! Bo wtedy to system zaakceptował mój udział w trzech fakulcach! I do czwartego października tak było! Kuźwa! Mam nadzieję, że to tylko błąd systemu, ewentualnie mojego komputera i coś jest, tylko się nie wyświetla. Oczywiście powinnam już jutro, z samego, kurwa, rańca stanąć w kolejce do dziekanatu, wysłuchać zjeby zafundowanej przez Babę Dziekanatową, przetrawić, że sama jestem sobie winna, a ona przecież nie jest moją sekretarką, a następnie, na kolanach, w worku pokutnym, piaskiem w oczach i kaktusem w dupie, odbyć pielgrzymkę do, właściwego takim sprawom, Jaśnie Pana Dziekana i płaszcząc się płakać, prosić o wybaczenie oraz możliwość dopisania się do któregokolwiek na cholerę mi potrzebnego przedmiotu (i tak na wszystkich tłuką nam orzeczenia ETS...), złożyć stosowne podanie z milijonem załączników, a w razie otrzymania dziekańskiego prawa łaski, dzień w dzień składać Jaśnie Panu Dziekanowi dziękczynienie z zadośćuczynieniem. Zamiast tego postanowiłam załatwiać wszystkie sprawy po kolei. Najpierw: warunek, bo to już w środę. Następnie w piątek, a) pójdę na pierwszy fakultet z serii, którą wybrałam, a w której niby-nie-widnieję, b) sprawdzę, czy moje nazwisko będzie na liście przyjętych, c) jeśli mojego nazwiska nie będzie, po zajęciach pofatyguję się do wykładowcy i poproszę o dopisanie do listy, choćbym miała zrobić z siebie totalną kretynkę, a swoim zachowaniem furorę na wydziale. Jeśli natomiast przedmiotu, na który się zapisałam nie będzie, pójdę na inny wykład odbywający się w tych godzinach i powtórzę czynności wymienione w punkcie c). Innych opcji nie przewiduję. No, w przyszłości, co wejście na USOS-a, będę robić zrzuty ekranowe, żeby, w razie czego, dysponować materiałem dowodowym.
I przestaję się powoli przejmować tym wszystkim (trudne, ale do wykonania), bo jak patrzę na Głównego Lesera Na Naszym Roku, który wszystko zalicza, mimo, że ma wszystko w dupie i tylko chla i jara na korytarzach akademika i dla którego nawet Nasz Karnista znalazł trzy terminy (a dla reszty roku dwa i od razu warun), i który o ubiegłorocznych fakultetach przypomniał sobie dopiero w połowie letniego semestru, i o dziwo bez problemu udało mu się je opękać (nawet ten z semestru zimowego...), to dochodzę do wniosku, że muszę zmienić podejście. Lać na wszystko równym sikiem, ciepłym moczem i heja!
Wydział, kuźwa, Bezprawia i Biurokracji!

Misz-masz trzy (08.10.2009, g. 00:04)

W poniedziałek wróciłam do mojej Studenckiej Krainy Absurdu. A dzisiaj
okazało się, że mamy przesrane u Pewnego Doktora, z którym mieliśmy
zajęcia już w ubiegłym roku, i który obiecał nam "bardziej przystępny
sposób zaliczenia" tegorocznych zajęć. A tu co? A tu znalazła się jedna
taka Kujonowata Guła u nas na roku i zamiast odczekać akademicki
kwadrans, a później, w wyniku absencji wykładowcy, jak my wszyscy
opuścić audytorium i udać się z zadowoleniem do domu/ akademika czy
gdzie indziej w pizdu, dziewoja ta pogalopowała do dziekanatu z
zapytaniem, czy Pewien Doktor to dzisiaj będzie czy nie?
A Baba Dziekanatowa, z racji braku informacji na ten temat, odesłała
Bidulkę do kadr, a kadry, z racji braku informacji, przeprowadziły
telekonferencję z Jaśnie Panem Dziekanem, który nie był poinformowany o
nieobecności swego pracownika i dlatego skontaktował się z nim w celu
wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, i kiedy Starościna Nasza poszła do
tego Pewnego Doktora ustalić, od kiedy zaczną się z nim seminaria,
Pewien Doktor "zjechał" ją od góry do dołu za numer wycięty przez
Kujonowatą Gułę... i skończyło się miłosierdzie. Ja pierdolę! Z kim ja
studiuję?!?!?!?!?!?!

Z tej wściekłości zrobiłam się głodna, więc popędziłam na Starówkę w
celu upolowania czegoś na obiad. Dlatego właśnie trafiłam do Baru
Mlecznego pod arkadami. Stamtąd płynął najbardziej intensywny i
najpiękniejszy zapach zapiekanek, któremu nie mogłam się oprzeć (nawet
nie próbowałam). Zapiekanka z surówką i ketchupem na wynos raz!

Wracając do akademika pod Łukiem Cezara i przez Plac Rapackiego, gubiąc
po drodze czerwoną kapustę (nigdy nie potrafiłam jeść zapiekanek z
surówką w cywilizowany sposób), ujrzałam "kontrowersyjne" plakaty
wystawione na widok publiczny z okazji dziesięciolecia pewnej galerii,
i jeden z nich przykuł moją uwagę w sposób szczególny. Koronowane
trupie czaszki na czerwonym tle, a na pierwszym planie czarny napis: Jest wiele możliwości. Triumf albo zgon. I dziwnym trafem dotarło do mnie, że dokładnie za tydzień karne. Triumf albo zgon.

Podanie o warunek epizod drugi (21.09.2009,g. 17:18)

I'm back.
Nie tak bardzo zmęczona, jak po zeszłotygodniowej wyprawie (czyli są jakieś plusy). Co nie zmienia faktu, że bez megawkurwu się nie obeszło. Dzień bez wkurwu dniem straconym. Ale po kolei.
W piątek kolega, który wziął na siebie załatwianie brakujących wpisów (i tym samym zdjął z mych barków piątkową wycieczkę do Torunia), zadzwonił do mnie (wow!) i poinformował, iż wpis mam zrobiony (czego się spodziewałam) oraz, że Baba Dziekanatowa upiera się, że żadnego podania o warunek nie składałam (czego nie spodziewałam się w ogóle) i że coś mi się uroiło, bo ona żadnego takiego dokumentu nie posiada.
Powyższe informacje, po dotarciu do istoty szarej w mojej czaszce, utworzyły biliony nowiuteńkich połączeń między neuronami, po czym w piorunującym tempie (podejrzewam, iż jednostką ich prędkości był parsek) uderzyły w część współczulną mojego autonomicznego układu nerwowego, która to zareagowała na ten bodziec natychmiast, podnosząc mi ciśnienie krwi na 500. No bo jak to nie ma mojego podania?! Przecież na własne oczy widziałam, jak pakowała je w mój indeks i odkładała razem z nim na stolik! Noszzzzzz kurwa, brak mi słów!
Dlatego właśnie dzisiaj, o godzinie ósmej pięć startowałam do Torunia. Najpierw zrobiłam wpłatę na poczet tego jebanego warunku (żeby mieć jakąś przewagę nad wydziałową biurokracją), a później dwie godziny w miarę spokojnej jazdy, żeby nagle w Inowrocławiu, poprzez maciupeńką żółtą tabliczuszkę poinformować mnie, że droga do Torunia jest zamknięta i już w tym momencie powinnam skręcić, żeby "trafić" na objazd. Dobrze, że z refleksem u mnie całkiem-całkiem.
A tak w ogóle, czy objazdy mają jakieś ograniczenia jeżeli chodzi o ich długość? Pytam, bo dzisiaj pokonałam tym objazdem 37 kilometrów (patrzyłam na licznik), przez jakieś turki-mazurki (wjeżdżając do siódmej z rzędu wioski, w której krowy pasą się na środku jezdni zaczęłam się z lekka niepokoić, czy aby jadę we właściwym kierunku, ale stojący "nieopodal", bo po przejechaniu siedmiu kilometrów, znak z napisem "Objazd zalecany" poinformował mnie, iż obrałam kurs właściwy), żeby wyjechać o pięć kilometrów dalej od celu mojej podróży, niż w momencie, kiedy rozpoczynałam objazd.
Na szczęście zdążyłam dotrzeć pod wydział w godzinach otwarcia dziekanatu i znaleźć wolne miejsce parkingowe (słowo daję, ze gdybym takowego nie znalazła, to wjechałabym samochodem do dziekanatu. Prosto na biurko Baby Dziekanatowej). Następnie pogalopowałam po tych naszych prawno-administracyjnych marmurach, zapukałam do drzwi, wlazłam zanim usłyszałam "proszę" i wkurw mnie trzepnął nieziemski, gdyż albowiem okazało się, iż moje podanie o warunek (to z 15.09.) jest obecne. Tylko przełożone. A Babsztyl Z Dziekanatu mówi, że jej nigdy nic nie ginie i ona nie wie, skąd mam informacje o zgubieniu podania i że ona nie jest moją sekretarką. Dosłownie: nie jestem pani sekretarką. Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. No oczywiście, że nie jest moją sekretarką. Bo, po pierwsze, nigdy bym nie zatrudniła takiej sekretarki, a po drugie, jeśli bym takową zatrudniła (w wyniku zaćmienia umysłu, amnezji, niezrównoważenia psychicznego), to natychmiast bym ją zwolniła.
A tak - złożyłam nowe podanie razem z odcinkiem wpłaty i opuściłam tą Stajnię Augiasza, zostawiając Babuna mruczącego coś o niewychowanej młodzieży.
Droga powrotna należała do tych bardziej przyjemnych; Rydzyk oddał mi fale radiowe już po przejechaniu trzydziestu kilometrów (cud!), krowy pozłaziły z dróg, a objazd na Poznań oznakowany był znacznie lepiej.

Podanie o warunek epizod pierwszy (15.09.2009, g. 20:40)

W dniu dzisiejszym odwiedziłam moją ukooooochaaaaaną wręcz uczelnię w celu złożenia podania o ten jebany warunek z tego jebanego karnego i chuj mnie najjaśniejszy strzelił już o godzinie dziewiątej pięćdziesiąt pięć (bo właśnie wtedy dotarłam do dziekanatu). Otóż okazało się, iż pewna Pani Doktor w swojej wiekuistej nadjasności nie zrobiła mi wpisu w indeksie. Wpisu z przedmiotu zdanego na 4! Mnie i jeszcze piętnastu innym osobom. Baba Dziekanatowa podanie o warunek przyjęła i włożyła w mój indeks (oczywiście po wielkich bojach - Graża wróóóóć!!!), następnie odłożyła go na kupkę innych indeksów i chuj. Pytam o termin decyzji, pytam o wysokość opłaty, a Baba Dziekanatowa patrzy na mnie jak na debilkę ostatnią, no bo przecież wszystko powinno być dla mnie jasne. No, kurwa oczywiście! Bo ja to miałam z dwieście warunków do tej pory, a nie pierwszy teraźniejszy! Fuck!
No i, kuźwa, stanęło na tym, że tak czy siak muszę się zjawić w piątek na uczelni. Bo Pani Doktor Wielmożna Jaśniepańska właśnie wtedy ma dyżur. Od 12 do 13. Tak, mogłabym kogoś poprosić o pójście w moim imieniu. Nie, nie zrobię tego, bo w takiej sytuacji wierzę tylko sobie i dopiero jak na własne oczy wpis zobaczę, to uwierzę.
Dzisiaj, po raz pierwszy sama jechałam do Torunia samochodem. Znaczy, z pasażerem, ale ten pasażer jeszcze nie posiada uprawnień do kierowania pojazdem silnikowym.
Dwie i niecałe pół godziny mi wyszło. Oczywiście, mogłabym jechać półtorej godziny, cisnąć sto czterdzieści. Tylko po co?
Droga powrotna w czasie porównywalnym. I, kurde, jestem wymięta jak filet z kurczaka w Polo Markecie. I jak lubię jeździć samochodem, tak rzygam na samą myśl o ponownej wyprawie w piątek. Za krótki odstęp czasu. Ale teraz przynajmniej mogę w miarę realnie ocenić swoje możliwości za kółkiem. Jedno co dobre.
A teraz Hitchcock na odstresowanie.
Studiów mi się, kurwa, zachciało! Nie dosyć, że studiuję nie to, co chciałabym (bo w sumie dla mnie jeszcze nie stworzono odpowiedniego kierunku), to jeszcze stale jakieś problemy. I wszyscy myślą, że mogą mieć do mnie o wszystko pretensje i roszczenia z księżyca wzięte, a po mnie wszystko spływa, bo się nie fochuję. Sralalala. Nie fochuję się bo to głupie jak dziurawy but lewonożny i głęboko niezgodne z moim charakterem. A nie spływa po mnie, co jasno wynika z treści wpisu.
Dobra, koniec.
A teraz już naprawdę Hitchcock

Misz-masz dwa (28.06.2009, g. 17:14)

Relacja z ostatnich dni w Toruniu.

CZWARTEK:

Szczyt szczytów, szczytów szczyt!
Przyjechałam do Toronto specjalnie. Specjalnie dzisiaj. Specjalnie w tym celu wstałam o piątej trzydzieści, żeby na wcześniejszy autobus zdążyć, żeby być w tym zakichanym mieście przed dwunastą trzydzieści. W jakim celu? Ano po to, aby podanie o warunek w dziekanacie złożyć (dziekanat do 12:30 przyjmuje interesantów, później tylko telefony...) teraz, kiedy jestem świeżo po sesji, co by we wrześniu terminu nie przegapić.
I jak już tak sobie na wydział zaszłam i w kolejce do dziekanatu stanęłam, to tak mnie jakoś naszło... Takie przeczucie... Takie "tknięcie"... i tak sobie pomyślałam... tak zaczęłam wyliczać w myślach przedmioty zaliczone w tej sesji... I nagle taki "błysk" niczym wielki cytrynowy piorun rozświetlił w ułamku sekundy zakamarki mojej czaszki, uruchomił wszystkie neurony i zagonił je do pracy intensywnej, której efektem była myśl: Kurwa! Przecież nie mam wpisu z "Instytucji"! Była to myśl kluczowa, fundamentalna, która powinna pojawić się już w domu, a jakoś się nie pojawiła, gdyż jej miejsce zajmowała niezbita pewność posiadania uzupełnionego indeksu... A kobita od "Instytucji" mówiła: zrobię państwu wpisy w lipcu. No żeż fuck!!!
Tak więc wyszłam z kolejki i klnąc w myślach na czym świat stoi (bo się, kurde, niepotrzebnie fatygowałam) wróciłam do akademika. I w tym miejscu wykorzystałam nadludzką moc mojego wcurwu pakując wszystkie rzeczy, które wrócą razem ze mną w sobotę do domu.

PIĄTEK:

21:47. Rozmrażam lodówkę. W ramach podziału obowiązków związanych z wyprowadzką. Lodówka śmierdzi. A właściwie z lodówki śmierdzi. Dziwne, bo nic się w środku nie popsuło...
01:30. Udało mi się wreszcie otworzyć zamrażalnik. A w nim prezent! Ooooo! Mrożona cuchnąca marchewka zostawiona przez BK. Słowo daję, że coś tej dziewusze kiedyś zrobię...!
01:35. Po usunięciu marchewki lodówka przestała wydzielać nieprzyjemną woń. Czyli mogę spać spokojnie.

SOBOTA:

Pobudka o 7:45. Lodówka ciągle jeszcze się rozmraża (dziwne... ale stara jest, więc może to dlatego...) zamrażalnik do połowy skuty lodem.
08:30. Mama dzwoni, że już parkuje pod akademikiem.
Pakujemy walizy do samochodu.
09:55. Zostawiam prawie rozmrożoną lodówkę bez asysty - chyba sama sobie poradzi.
Wracamy do domu. Nareszcie.
A resztę już znacie... ;)

Huśtawka (06.06.2009, g. 21:44)

Z jednej skrajności w drugą popadam. Huśtawka buja się nieprzerwanie, ale dla błędnika mojego to raczej niedobrze... Stare kreskówki wynajduję i oglądam namiętnie. Wczoraj Królik, w którego tchnęli życie bracia Warner, dzisiaj - Top Cat (dzieciństwo falami powraca). A na biegunie przeciwległym Ella Fitzgerald króluje i Woody Allena świat pogmatwany. Ech... :)

Cóż... (04.06.2009, g. 20:00)

Nieee no kurwa!
Niedawno przestąpiłam próg mojego pokoju. Na nogach jestem od godziny szóstej rano. Dopiero co odpaliłam kompa, co by maila sprawdzić, a tam widzę wiadomość od sprzedawcy z Allegro, który nagle stwierdził, że wysyła paczki tylko kurierem. Koszt takiej przesyłki wynosi trzynaście złotych. Kurwa! Wczoraj zamówiłam prezent urodzinowy dla mojego ojca, dzisiaj, zaraz po powrocie z praktyk, poleciałam do banku zrobić przelew zgodnie z danymi z Allegro oraz tym, co zaznaczyłam w formularzu dostawy: przesyłka pocztowa priorytetowa 12,00. A teraz się Panu Sprzedawcy nagle odwidziało! To co, mam jutro fyrać do banku, żeby zrobić jeszcze jeden przelew na jego konto opiewający na kwotę jednego złotego (bo taka właśnie jest różnica między kurierem a Pocztą Polską)?! Nie bądźmy śmieszni!
Nie, kuźwa, nie ma bata! Jego wina - jego problem. Może chamsko z mojej strony, ale przestarzałe informacje zmienia się na bieżąco, a nie według widzimisię.

Praktikum (01.06.2009, g. 22:48)

Pierwszy dzień praktyk mam za sobą. Sześć godzin siedzenia przy kompie, bo nie było nic do roboty. Do tego stopnia, że obijałyśmy się wszystkie cztery - 3 stałe pracownice biura & me. I wszystkie dostałyśmy zaawansowanego płasko-ciężkodupia. Dobrze, że po połowie czerwca mają w planach przygotowywanie konferencji, to może wtedy się coś ruszy... Bo bezczynność najgorsza jest przecież.

A teraz piszę trzecią z rzędu Beschwerde. I na łeb dostaję, bo ile można pisać skarg...?! Fakt, że temat się zmienia, ale rama, niestety, ta sama zostaje i tylko najbardziej utarte zwroty zastępuję mniej utartymi. Byle tylko było, byle tylko to oddać i mieć głowę spokojną przynajmniej na czas jakiś. Ach, no i tekst jutro przetłumaczyć lektorce muszę, bo w piątek nam "spotkanie" nie wyszło i teraz niemiecki ciągnie się za mną niczym ogon jakiś.
Ogon wyjątkowo nieprzyjemny, którego się jutro, taką mam nadzieję, ostatecznie pozbędę.

Sesja letnia (31.05.2009, g. 00:01)

Tjaaaa... Sesja jest. A po czym to widać? Nie, nie po tym, że student z nosem w książce chodzi, a po tym, że są problemy, które nawarstwiają się i piętrzą. Problemowa Wieża Babel. Dzisiaj dowiedziałam się, że dochody na członka mojej rodziny wykraczają poza widełki dopuszczalnej kwoty i prawdopodobnie nie załapię się na akademik od października. Przekraczają o siedemdziesiąt złotych. Tyle, że dane zawarte w zaświadczeniu z Urzędu Skarbowego nijak się mają do tego, co w rzeczywistości "dostaję na rękę". Wiem, że przy obecnych cenach za pokój, na wynajęcie czy stancję po prostu nie będzie mnie stać. Wiem też, że są ludzie, którzy mają dochody znacznie niższe i nie powinnam tu biadolić, tylko zacząć już szukać jakiegoś małego kawałka podłogi zabudowanego ze stron czterech i zadaszonego. Ale nie o to mi w tym moim wywodzie chodzi.
Bo cały dowcip polega na tym, że siedzimy teraz z BK w pokoju i śmiech nas pusty ogarnia, no bo żeby mieć doła z powodu zbyt niskich dochodów, to rozumiem, ale żeby mieć doła ponieważ zarabia się o 70 polskich nowych za dużo?
A my właśnie teraz tak mamy.
A do tego większość człowieków, z którymi się najbliższy kontakt miało, fochami śmiertelnymi nie-wiadomo-o-co rzuca, w obrażone princeski się bawiąc, a ty zgaduj-zgadula co im takiego złego zrobiłaś, bo o jakiejkolwiek formie rozmowy (tudzież próbie wyjaśnienia sytuacji) śmiało możesz zapomnieć.
O, dzień dobry, sarkazm mi się włączył :/. Chyba pora na prysznic.
A w ogóle, to powinnam prawo administracyjne wkuwać, bo przecież egzamin we środę mam :/.
Mam nadzieję, że po nim sytuacja zacznie się stabilizować.

Zapisy na seminarium (18.05.2009, g. 14:12)

Wstałam o piątej czterdzieści pięć. Za piętnaście ósma byłam już pod dziekanatem. Czwarta. Czwarta w kolejce po listę, dzięki której będę się mogła zapisać na seminarium. Przed dziewiątą listy rozdano. Przed dziesiątą widniał na mojej podpis promotorki. Udało się. Kulturalnie, kolejeczka, nikt się nie pchał i nie awanturował, zapisy przebiegły z poszanowaniem praw człowieka (zgodnie z nazwą katedry). Później wyprawa na Starówkę, która zaowocowała kupnem książek pięciu w cenie łącznej wynoszącej złotych szesnaście - kocham tanie księgarnie!
Egzamin w czwartek, dwa koła w środę, a mi się tak piekielnie uczyć nie chce! A kupione książki kuszą jak opętane. Nienawidzę tanich księgarń! ;)

Odgłosy miasta (07.05.2009, g. 22:22)

Fontanna mi wyje za oknem. Tak, fontanna wyje wniebogłosy. Ta, której autor najpierw strasznie się nad projektem biedził, a teraz nie chce się do swego dzieła przyznać. Nic dziwnego, za takie pieniądze to ja liczyłam, że ta cała tryskająca z niej woda będzie w powietrzu się w kształty planet układać albo co... A tu tylko coś, co przypomina "kolorowe wytryski" o różnej mocy i sile natężenia, zależnych od głośności "muzyki", i co jest miejscem ubóstwianym przez lokalnych bezdomnych, którym zdarza się prysznic tam brać oraz dzieci, dla których wszystko co gra i świeci jest atrakcją.
Fontanna wyje niemiłosiernie, a ja się skupić usiłuję, bo egzamin we wtorek a umiem połowę. A organizm snu żąda, ostatnimi przejściami skrajnie wyczerpany i emocjonalnie wypruty niczym wrak jakiś czy inny bubel.
Renowacji potrzebuję.

Techniki na kursie (21.04.2009, g. 23:32)

Na głowę zakładam arbuza, włosy przemieniając w makaron, a stopą bosą wcieram z uporem maniaka surowe jajko w krótkowłosy dywan. W dłoniach trzymam zdjęcie sprzed roku, zrobione z okna samotni o zachodzie słońca. Zapach rosy wieczornej w powietrzu się unosi, wiatr chłodny o skórę się łasi, pies mój chodnikiem przydomowym biegnie. Biegnie i tupie. Chłonę całą sobą, wszystkimi zmysłami. Wyobrażam sobie sukces, na koniec palcami pstrykam, żeby ten moment uwiecznić. Z karku złotą nić wyjmuję i obie mózgu półkule zszywam, z jednej na drugą przeskakując, zygzakowym ściegiem.
A wszystko to w myślach.
Trening kreatywny.
Bo w rzeczywistości siedzę i pisząc na słoik spoglądam. A w nim kości numerowane spoczywają, sześcienne w swej formie. Za domem już tęsknię. Ale nie za samotnią.
Tęsknię za jego mieszkańcami, ich ramionami otwartymi i zrozumieniem.

Powrót (16.04.2009, g. 20:24)

Wreszcie Internet mam ze ściany. Taki, który nie ma humorów, łączy bez problemów i nie przerywa połączenia po piętnastu sekundach.
I kwiaty w kubku (a właściwie gałązki drzew kwitnących) na stoliku moim pachną.
Pierwsze zajęcia z szybkiego czytania po dwutygodniowej przerwie. Stęskniłam się już za tymi ludziskami; dziwne, bo znamy się dopiero od miesiąca.
Czyżbym wreszcie zaczęła otwierać się na ludzi?

Szlag jasny (29.03.2009, g. 15:10)

Zaraz mnie coś czaśnie!
Ale po kolei...
Wczoraj udało mi się wreszcie zmotywować moją współlokatorkę do wynurzenia się z naszego pokoju. Dokonałam tego wychwalając pod niebiosa propozycję imprezy, którą dostała od swoich znajomych. Wyszukałam chyba wszystkie logiczne i nielogiczne powody, dla których powinna wreszcie pooglądać twarze innych osób niż ja i wprawiłam ją w dobry nastrój komplementując jej świeżo umyte włosy. Wow. O godzinie dwudziestej zamknęły się za nią drzwi wejściowe, co oznaczało, iż nareszcie (od ponad miesiąca) mam tą naszą maleńką klitkę tylko dla siebie; że będę mogła sobie zrobić pierwszy, nieprzerwany żadnymi pytaniami, komentarzami oraz niusami, trening szybkiego czytania; że będę mogła wziąć szybki prysznic i oddać się lekturze bez obaw, iż komuś będzie przeszkadzało zapalone światło; i wreszcie, że będę mogła pobyć w ciszy sam na sam z moimi myślami. I tak w stanie euforii duchowej dane mi było trwać do godziny pierwszej dwanaście w nocy, gdyż właśnie o tej porze wróciła moja towarzyszka, w stanie lekko wskazującym, po czym stwierdziła, że było fajnie, ale ciutkę przedobrzyła, a następnie położyłyśmy się spać. O godzinie drugiej pięćdziesiąt trzy zostałam brutalnie wyrwana z objęć Morfeusza za sprawą wycia (dosłownie) sąsiada (którego nawet jego współlokatorzy nie mogli uciszyć) z naprzeciwka. A jak już udało mi się w końcu przyciąć komara, o siódmej czterdzieści było już po spaniu, za sprawą sąsiadek trzaskających drzwiami i najaranych studentów imprezujących na głównym korytarzu. Około dziewiątej ocknęła się moja współlokatorka i obwieściła mi, że ogólnie, to bardzo jest zmęczona, nic jej się nie chce i dzisiaj z łóżka nie wstaje. I faktycznie, w łóżku odbyła dwie rozmowy telefoniczne, po czym jednak wstała do WC, wracając zahaczyła o lodówkę, żeby wyjąć z niej serek wiejski i spożyć go wyrze.
Jest godzina piętnasta. Współlokatorka moja śpi. W pokoju burdel jak sto pięćdziesiąt, bo wszędzie walają się jej ciuchy i jej zaschnięte z brudu naczynia. Wchodzący do nas "goście" dziwią się, że jej z łóżka nie ściągam. Że, kurde, co?!?!?!?!?!?! Więcej się mieszać i do czegokolwiek zachęcać nie będę. Jej życie - jej sprawa, póki jej bałagan nie zaczyna przenikać na "moją" część pokoju. I z pretensjami ode mnie wara!
Idę się przejść.

Kochany Karnista (25.03.2009, g.16:35)

Zgodnie z hasłem, że wszystko jest dla ludzi, "ukochany mój wykładowca" od prawa karnego postanowił pokazać grupie co najmniej 38 osób, czym jest warunek.
A najśmieszniejsze jest to, że ci, którzy zdali pisali ogólnikowo, na tzw. odwal się, a ci, którzy nie zdali, ryli przed egzaminem jak te świnie dzikie, podawali przykłady oraz artykuły z kodeksu. Widać nie można pokazać wykładowcy, że się dużo wie. Że widocznie wie się więcej od niego.
Chyba się dzisiaj urżnę.

Misz-masz (24.03.2009, g. 21:18)

Katar zatokowy po ubiegłotygodniowym nordicu jakby trochę zelżał, co nie zmienia faktu, iż przy każdym schyleniu się po cokolwiek, czuję jak czachę mi rozrywa, a oczy na siłę chcą wypłynąć z gałek. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ogromna różnica ciśnień zachodzi podczas zmiany pozycji, ze stojącej, na przykład, na siedzącą. Jakie chorowanie potrafi być odkrywcze! Oczywiście chore zatoki nie przeszkadzają mi wcale w bieganiu na kurs. Zresztą widząc takie efekty zapewne nawet złamana noga by mnie nie powstrzymała, chociaż tego wolę nie testować. A w ramach podsumowania dnia dzisiejszego, chciałabym powiedzieć, że:
- aura mnie kompletnie zaskoczyła - wyjeżdżając z domu oberwałam gradem, w trakcie 3-godzinnej jazdy autobusem do Torunia słoneczko upiekło mnie przez szybę, żeby następnie na dworcu docelowym powitać zacinającym w oczy deszczem (no bo przecież ja bez parasolki - standard), a o godz.18:(powiedzmy)50, wychodząc z kamienicy na Starówce, wywinęłam jakże przepięknego, dopracowanego w najmniejszych szczegółach, a jednocześnie zupełnie spontanicznego orła na zamarzniętym bruku, który jest superśliski nawet przy braku opadów atmosferycznych;
- naprzywoziłam z domu mnóstwo niepotrzebnych dupereli, które miały upiększyć naszą akademikową klitkę, z tym, iż zapomniałam, że mury nie są z gumy i z pokoju o wymiarach dwa na cztery metry nie da się uzyskać piętnastu metrów kwadratowych; mało tego, "wolna" powierzchnia ścian (czyt. niezagospodarowana przez wczesnogierkowskie szafki wiszące, dwudziestoletnią, pomalowaną markerami lodówkę "Donbas" oraz szafkę stojącą "teoretycznie spożywczą") wynosi jeszcze mniej niż powierzchnia podłogi, więc z upiększania tych elementów pokoju też niewiele wyszło.
- w tym momencie zjadłam kawę, wypiłam Grześka (lub odwrotnie - dla sympatyków tradycyjnych sposobów konsumpcji) i normalnie poczłapię pod prysznic, i do snu się ułożę, bo ledwie na oczy patrzę (chociaż sama nie wiem, czemu...)
****Dobrej nocy.****

Obuchem w łeb (18.03.2009, g. 12:16)

Poprawka dzisiejsza to szczyt szczytów. Jak mam niby odpowiedzieć poprawnie na pytanie zadane w taki sposób, że go, kurde, mimo największego wysiłku umysłowego, nie rozumiem? Zresztą nie ja jedna, bo siedemdziesiąt współpiszących również. Dopiero po wyjściu z audytorium i przewertowaniu dogłębnym podręcznika można domniemywać, że chodziło jednak o to. A może o tamto...? A może jeszcze o coś innego...?! Bo oczywiście tak nazwanej zasady, jak zrobił to szanowny Pan Profesor Nadzwyczajny Najmądrzejszy Jedyna Wyrocznia I Właściwa Wykładnia Bez Przedawnienia I Odwołania, w ŻADNYM z dostępnych źródeł nie ma.
A przecież, kuźwa, nie studiuję prawa na czwartym roku!
Ale co to kogo obchodzi...

Zmiany na horyzoncie! (14.03.2009, g. 20:15)

Zaczęłam myśleć o sobie. W końcu. I dzięki temu, że chodzę na kurs, mam 14 godzin mniej wolnego czasu w tygodniu, niż przeciętny student mojego kierunku w tym mieście. 14, bo zajęcia mam, co prawda, dwa razy w tygodniu po dwie godziny, ale w pozostałe dni muszę również dwie godziny ćwiczyć w "zaciszu" (a to dobre!) akademika, żeby rozwijać umiejętności. Jakie to szczęście! 14 godzin tygodniowo mniej na rozpamiętywanie, beznadziejnie głupie przemyślenia w stylu co by było gdyby..., bo przecież czasu się nie cofnie, i dobrze, gdyż ponieważ wnioski trzeba wyciągać, doświadczenie nabywać, wspomnienia kolekcjonować i żyć dalej - do przodu.

Krok do przodu (13.03.2009, g. 11:21)

Jedna poprawka do przodu. Uff...

Idę szykować się do drugiej.

Ludzie z mojego roku... (09.03.2009, g. 12:00)

Ludzie z mojego roku, to normalnie banda debili jakaś. Oczywiście od razu prostuję, że nie wszyscy, jednak ci "normalni" występują w zdecydowanej mniejszości. Kwestia taka: poprawka z systemów dziesiątego marca, termin ten znany od co najmniej dwóch tygodni. Aż tu nagle wczoraj, o godzinie 21:04, nasza starościna odpowiadając na posta na naszym forum w sprawie dokładnej godziny i sali egzaminu napisała, że ogólnie dużo osób chce przełożyć poprawkę i napiszcie, co o tym sądzicie. I się posypało. Jak do tej pory nikt nie jęczał z powodu terminu, tak nagle, niczym pieseczki na komendę, znalazło się dziesięć osób, które nagle:
- się nie wyrabiają,
- są zmęczone sesją,
- ogólnie nie dają już rady,
- mają zastrzeżenia co do ustalonej daty.
Dziesięć osób spośród 50, które muszą pisać egzamin jeszcze raz. Na forum, czyli gdyby hasło "przełóżmy!" zostało rzucone na audytorium, zgłosiło by się ze 40 chętnych. Kurwa! Co to jest, ja się pytam za pomysł, żeby:
- przekładać egzamin dzień przed, pisząc e-mail do wykładającej, która i tak jest na nas cięta?!
- przekładać egzamin przez e-mail, wiedząc, że kobieta od systemów ma dyżury tylko we wtorki i piątki, czyli zapewne do jutra nie odpisze, a gdy odczyta tego maila jutro rano, to wkurwi się nieziemsko i walnie nam takie pytania, że kapcie pogubimy i szanse zaliczenia zmaleją do -1000000?!
- przekładać egzamin na forum (czyli tylko ci, którzy na bieżąco śledzą posty będą poinformowani)?!
- w ogóle przekładać egzamin?!
Były cztery tygodnie na to, żeby się przygotować. Ja sama, przyznaję, usiadłam dopiero w ten weekend i nie wszystko umiem, ale chcę mieć to w końcu z głowy, a nie, kurde, pieścić się z sesją do kwietnia!
I któż to wpadł na ten zniewalający pomysł przekładania?
Jeżeli jest tak, jak myślę, i było to pięć osób z najbliższego otoczenia naszej starościny (a prędzej czy później dowiem się prawdy), to normalnie za siebie nie ręczę.
Przy tych ludziach pantofelek i ameba powalają inteligencją.
Z kim się te ludzie na mózgi pozamieniali?!
I czy na pewno mówimy tu o ludziach???

EDIT:
I w ogóle, o czym ja tu piszę?!
Jakie "mózgi"?! Łby, kurwa, łby!!!

Pizza is here! (07.03.2009, g.18:04)

Echhhhhhhhhh... Poprawka jeszcze jedna. Z karnego. Około 60 osób udupił ale to na razie bardzo płynna ilość, bo weekend i nie ze wszystkimi ma się kontakt. Ponadto facet, który przywiózł nam dzisiaj pizzę opieprzył mnie za to, że moja współlokatorka odebrała połączenie od niego, kiedy puszczał strzałkę, że już jest. Pani nie wie, co to znaczy przychodzić na sygnał? - myślałam w pierwszej chwili, że za wolno zbiegałam z czwartego piętra po schodach, bo pan szanowny 30 sekund musiał czekać i stąd ten jego tekst. Może powinnam sobie jeszcze w malowniczy sposób połamać obie nogi, żeby były dowody rozwijanej przeze mnie prędkości, a już na pewno portierka nasza akademikowa powinna na każdym piętrze z fotoradarem stać, żeby do kompletu z połamanymi kończynami jeszcze zdjęcia były. Moją współlokatorkę w psa koniecznie trzeba zamienić, żeby na sygnał przybywała, zamiast w komórce zielony przycisk wciskać. A kobieta z pizzerii wyraźnie mówiła, że w momencie, gdy pizza będzie, ktoś zadzwoni. "Dzwonienie" różni się od "puszczania strzałki" poza tym, skąd miałyśmy wiedzieć, że to akurat facet od pizzy daje nam znać, skoro nie miałyśmy jego numeru w pamięci telefonu. Na moją prośbę, żeby następnym razem obwiniał babkę przyjmującą zamówienia, stwierdził, że: Proszę pani! Przecież nikt mi za odebrane połączenie pieniędzy nie zwraca! i sobie poszedł. Dziad przebrzydły wręcz!

Walę w tynki (14.02.2009, g. 15:10)

Walentynki. W tym roku jakby mniej ociekające komercją niż w ubiegłym (pewnie to za sprawą braku telewizora w naszym "apartamencie", co wiąże się nierozerwalnie z brakiem dostępu do reklam). Miasto też mniej serduszkowe, raczej zwyczajnie bure, rozjaśnione tylko chwilowo przez padający śnieg, który topnieje w ułamku sekundy, pozostawiając po sobie mokre plamy.
Na śniadanie ogórkowa z kubka. Matka chyba by mnie zabiła.
Smutno ci? Może budyń?
Budyń trzeba wpisać na listę dzisiejszych zakupów.
**********************************************
Po powrocie dwie kanapki i budyń z torebki. Dziwne, jakkolwiek bym go nie przygotowywała - po swojemu, czy zgodnie z instrukcją - zawsze wychodzą mi gluty w kubku... Żeby je dobrze rozetrzeć musiałabym chyba użyć miksera... Tyle, że mieszadła nie zmieściłyby się do kubka, a w innym naczyniu wyszłoby tej "substancji" ledwo na dnie...
*********************************
A Walentynki wcale nie są złe.

Rozdrażnienie (13.02.2009, g. 20:00)

Czekolada. Codziennie. Rubens rośnie, ale w spodniach jeszcze luz. Przedawnienie, Woody Allen. Zatarcie skazania, Woody Allen. OK i SWK i, oczywiście, Woody Allen (tak dla równowagi). Problemy się piętrzą (wiadomo - sesja), ale wychodzę z założenia, że jak czegoś nie widzę, to tego nie ma. Dlatego od problemów wszelakich odwracam wzrok. Szkoda tylko, że ta "dewiza" nie działa w przypadku ludzi. Zwłaszcza niektórych. Zwłaszcza upierdliwych. Zwłaszcza tych, co to się za mędrców uważają największych. Jakby nie wiedzieli, że najwyżej noszone głowy są puste (ewentualnie wypełnione helem).
Chcę uciec od tych pierdolonych sklerotyków, którzy dzwonią z uporem maniaka i wypytują po raz trylionpierwszy, jak tam było na zerówce (21.01.), jakie miałam pytania, jakie teraz będą pytania (jakbym to ja wiedziała!) i co się stało, że nie zdałam. Chcę uciec od ludzi, którzy przekręcają moje słowa, zmieniają całkowicie ich sens.
Impreza na korytarzu. Się skupić nie mogę. Egzamin we wtorek. Prawo karne wyłazi ze mnie wszystkimi porami. Odczyn ma kwaśny. Gorzko-kwaśny. Obrzydliwe, obleśne, ohydne.
Pomidorowa z makaronem (tak dla równowagi). Z kubka, bo gotować dla siebie samej się nie opłaca.
Szkoda, że nie z ryżem, ale przeboleję.

Opowieść o Burmistrzu... (17.12.2008, g. 00:19)

Opowieść o Burmistrzu z nosem zadartym chodzącym

W mieście przyprawą korzenną pachnącym, w domu specyficznym, w którym komuna nadal gości i ma się tam jak najlepiej, mieszka Burmistrz, a właściwie Burmistrzyni. To kobieta despotyczna i dziecinna jednocześnie, która również Fochmistrzynią jest jedyną w swoim rodzaju; taki z niej "wampir energetyczny" pospolity. Całymi dobami urzędu swego pilnuje, na straży funkcji pełnionej stoi i pazurami jej bronić będzie do kropli krwi ostatniej, myśląc, iż stanowisko chwały jej przysparza i profitów niezmierzonych dostarcza, a w rzeczywistości świadczy o niezmierzonej tępocie do szpiku ksenofobią przesiąkniętej. A kalorie skrzętnie liczone według indeksu glikemicznego umysł jej (swoją drogą przez "Strażników Wagi" opętany) całkiem z szarych komórek odchudziły.
Otóż razu pewnego Burmistrzyni postanowiła, w niepokalanej nieomylności swojej, jednej z poddanych o swój tyłek zapytać. A że znajdowały się obie akurat poza granicami centralnej części "stolicy", w obrębie orbity Jurija Gagarina, a poddana ta miała "gorszy dzień" w tym momencie, odpowiedziała z mostu prosto, zwięźle i na temat, iż jeszcze czasu minie chwilka mała i ta "dupa" się nie będzie podobała.
Czy była to odpowiedź zła, czy dobra - wnikać nie będę, najważniejsze, że szczerością po brzegi wypełniona.
Burmistrzyni, najwyraźniej w szczerość tą wątpiąca, postanowiła przepytać resztę poddanych, według kolejności "na-winie" (entliczek - pętliczek, kto się nawinie, na tego bęc!). Pierwszą, którą ten zaszczyt jakże ogromny kopnąć raczył, wyłonioną w drodze losowania dokonanego przez Los Ślepy ewidentnie, okazała się współmieszkanką poddanej poprzedniej. I temat siedziska dyplomatycznie omijając, poruszyła kwestię częstotliwości jęków przeponowo-krtaniowych z ust Piastunki Stanowiska się wydobywających. Oraz pesymizmu, który za sprawą niewłaściwego składowania skaża coraz więcej dusz niewinnych. Odpowiedzią na zarzuty, w skrócie wielkim, wkurw był nieziemski z miażdżąco-pustoszącą mocą focha połączony, czyli to, co Burmistrzyni lubi najbardziej, co w hobby jej się przeradza, któremu to bez opamiętania się oddaje ostatnio, z nasileniem przypadającym na odpowiedni okres w miesiącu.
Od tego momentu huraganowe wichry w mieście wiać zaczęły, gradobicie przynosząc oraz trzęsienie ziemi powodując. Zlęknieni mieszkańcy pochowali się w swych domostwach, zwierzęta uciekły, a ptaki zamilkły. A ciszę tę od czasu do czasu tylko szelest ortalionu przeszywa, niczym grom nagły niebo bezchmurne.
A poddane dwie, co to się poddać nie zamierzają, co to broni nie złożą za skarby świata żadne, co w kaszę dmuchania powyżej uszu mają i w tym bagnie taplania się również dosyć, amunicję zbierają w pistolety śmiechu ją ładując, gdyż dobry nastrój bronią przeciwko chimerom najlepszy, i z natarciem ruszają tyranię obalić i ład przywrócić, gdyż niesprawiedliwości się trzeba sprzeciwiać, o swoje walczyć a fochom dzieciuchowatym stanowcze NIE po trzykroć mówić.

Jak dalej potoczą się ich losy nie omieszkam donieść.

OBJAŚNIENIA
Burmistrz - osoba wiecznie "naburmuszona"
Burmistrzyni - osoba wiecznie "naburmuszona" płci żeńskiej
Fochmistrzyni - kobieta fochująca się nader często i o byle co

Hasła opracowane na podstawie Słownika Agnieszkowego Mojego Własnego

Mikołajki 2008 (07.12.2008, g.01:21)

Dzień mignął-śmignął, nawet nie wiem jak i kiedy. Wstałam o 10:49, bo położyłam się o 02:40. Ok. 13 ruszyłyśmy z dziewczynami na Starówkę pooglądać Mikołaje i porobić zdjęcia pod tym największym - Kuppiernikiem, któremu to czapę pan dźwigowy zakłada, bo dla innych to za wysoko. Z aparatem o kilkanaście fotek bogatszym pocwałowałyśmy na Odrodzenia, co by w piętnastkę wsiąść i na kanarów czatować, gdyż w ubiegłym roku podobno cukierkami częstowali tych, którzy biletem się legitymowali. My mamy miesięczny, więc jeździć możemy w tą i z powrotem i w koło Macieju aż do znudzenia. Dlatego przejechałyśmy się raz (kanarów nie było) i poszłyśmy do Polo po chleb nasz powszedni.
Wróciłyśmy głodne jak wilków wataha, więc obiad od razu stworzony został i zjedzony natychmiast z patelni niemalże. Później kawa i Mikołaj czekoladowy, następnie maila pisanie, maila sprawdzanie, oglądanie koralików i półfabrykatów, szkatułek i innych puzderek, aż w końcu szybkie spojrzenie na pasek zadań, żeby ze zdziwienia usta otworzyć i oniemieć zupełnie, że już jest ta godzina! I jak to możliwe i matko, och matko, i gdzież ten zgubiony czas mógł się podziać?!
Jedynym rozwiązaniem, jakie do głowy mej zapukało, było zjedzenie Mamby malinowej (ukochanej mojej) i opiłowanie paznokci. "Wobec rozpętanych sił natury należy zachować stoicyzm", dlatego teraz ze stoickim spokojem sięgam po buteleczkę z lakierem...

Inne spojrzenie na świat (26.11.2008, g. 00:19)

Wracając z wydziału o 18:57, po trzech godzinach ćwiczeń z Pauląmonster w ciasnej, dusznej klitce (bo okna nie otworzysz, gdyż Potwornica jeszcze nosi w sobie pozostałości chorobowe) doznałam nagłego szoku termicznego, a fala świeżego powietrza mało nie zwaliła mnie z nóg. Z kolei wysiadając z piętnastki na Kraszewskiego miałam ochotę paść na kolana i ucałować znajomy chodnik. I nagle szara, zapluta okolica zapłonęła dla mnie milionem kolorów. Myśli pochowały się z ze zmęczenia w zakamarkach umysłu, nogi przez "zastanie się" odmawiały współpracy, żołądek przysechł do kręgosłupa, albowiem obiadu dzisiaj nie było, ale za to oczy chłonęły znajome widoki i jak głupie cieszyły się.
No, proszę... Jak to jedne, dłuuuugie ćwiczenia potrafią wpłynąć na postrzeganie świata :)

Wesoły autobus (12.11.2008, g. 23:42)

Wracam sobie piętnastką z uczelni, 17:32, angielski się skończył. Stoję w autobusie uwieszona poprzecznej rury jak King-Kong, zarzuca mną na każdym zakręcie, ale przecież nie usiądę, bo listopad miesiącem uprzejmości itd., a jedyne wolne miejsce jest... no właśnie... Jedyne wolne miejsce jest tam, skąd do nozdrzy moich dziwny zapach dociera... Zapach, powiedziałabym kwaśny, tak jakby do zgniłych jabłek dorzucić zmielone winogrona, dołożyć spleśniałe śliwki Węgierki i zalać to wszystko 90-kilku procentowym alkoholem w postaci czystej... Odwracam głowę w tym kierunku. Uszy zaczynają odbierać płynące stamtąd bodźce dźwiękowe w postaci konwersacji dwóch mężczyzn.
- ... i Rychu ja ci mówie, że roboty ni ma. Ni ma i nie bydzie!
- Ja to ci Janek powiem, że w Urzędzie sie normalnie zarejestrowałem. Ale mi ulice kazali zamiatać. To se stamtąd poszłem, bo przecież z miotłom latać nie bede.
Po czym pan Ryszard pociągnął łyk solidny z butelki schowanej w reklamówce w kwiatki.
Obaj wysiedli na następnym przystanku.

wtorek, 17 listopada 2009

Powrót do domu, epizod 1 (09.11.2008, g.16:00)

wtorek, 17 listopada 2009 1
Piątek:
Paulamonster wypuściła nas z ćwiczeń kwadrans wcześniej. No to lecę! W kozakach na obcasach, szybkie, wielkie kroki. Wpadam pod przystankową wiatę o 16:47. Za minutę powinna przyjechać piętnastka, która podwiezie mnie pod sam akademik prawie, żebym mogła wpaść po walichy, capnąć laptopa i rura na dworzec pks, to może jeszcze zdążę na wcześniejszy autobus do domu. Obok mnie stanęła kobitka, lat 60 na oko i churchla. A churchlanie to posiada taką, rzekłabym głębię, że aż flegma na chodnik pryska. Odsuwam się od nowej mutacji H5N1, patrzę na zegarek. 16:48; żadnych świateł na horyzoncie...
Autobus do domu odjeżdża o 17:30. Z przystanku do akademika: 3 min. jak się sprężę; Spod akwarium na czwarte piętro: ok. 2 min., ale zależne od tego, która "ryba" ma w tym momencie dyżur. Jeśli Janka, to nawet minut 4, bo czasami mnie zagada. Spakowanie laptopa z całym osprzętem: zależne od stopnia splątania kabli pod stolikiem. W razie kłębowiska: odsunąć stolik od ściany, namierzyć właściwy kabel i mocno pociągnąć; czas potrzebny: ok. 3 min. "Baj-baj" z dziewczynami: 30 sek. Zbiegnięcie z czwartego pod akwarium: 1 min. (wiadomo, na dół szybciej). Odległość dworca od akademika: 1500 m (w przybliżeniu). Czas potrzebny do przebycia tej odległości: mniej więcej 15 min., ale zależny jest od ciężaru walizki, oczekiwania na "zielone" na dwóch skrzyżowaniach z sygnalizacją świetlną oraz na to, aż jakiś miłosierny kierowca zatrzyma się przed przejściem bez świateł na pozostałych dwóch skrzyżowaniach i pozwoli przeciąć ulicę wkurzonej studentce z 10-kilogramową walizką. Powinnam zdążyć...
16:57; piętnastka łaskawie wtacza się do zatoczki. I teraz sytuacja taka: z lewej mojej strony nadbiega chłopak z plecakiem napakowanym jak na miesięczny obóz. Drzwi autobusu otwierają się, a on, zziajany, stawia stopę na pierwszym stopniu. W tym momencie Pani Gruźlica przerywa swe churchlanie i zadziwiająco donośnym głosem wrzeszczy:
- Proszę! No proszę, niech pan wsiada! Niech mnie pan stratuje najlepiej!
Speszony, zawstydzony chłopak schodzi ze stopnia, przeprasza Gruźlicę i robi jej przejście. Na co ona siłą skupioną w swej pomarszczonej łapie wpycha go do środka pojazdu. A następnie wsiada sama, wyzywając czerwonego jak burak chłopaka od życiowego kaleki. Drzwi piętnastki zamykają się z jękiem, kończąc ten spektakl niczym kurtyna w teatrze, a z głośników autobusowych, zamiast orkiestry, słychać nagrany, radosny głos jakiejś pani, obwieszczający, iż: Listopad miesiącem uprzejmości. Ustąpiłeś miejsca osobie starszej? Kobiecie w ciąży lub z dzieckiem na ręku? Dziękujemy! O, ironio!

O 17:31 docieram na dworzec, a przed moim autobusem tłum. Miejsca siedzące zajęte, bucowaty kierowca. W tym momencie załącza mi się instynkt samozachowawczy, który błaga, żebym jednak poczekała na ten pks o 20:15... Z drugiej strony, zdrowy rozsądek informuje mnie, że przecież bilety na ten o 20:15 są już wykupione, więc gwarancji siedzącego również nie mam, no a skoro już tu jestem...
Połowa podróży upłynęła mi na próbach utrzymania równowagi (zwłaszcza na zakrętach i podczas hamowania) opierając się o oparcia siedzeń i balansując z torbami leżącymi między moimi nogami. Drugą część spędziłam na siedzeniu obok faceta z, prawdopodobnie, zakwasami w pachwinach, gdyż ani na moment nie zsunął rozłożonych kolan, a nawet miałam wrażenie, że jeszcze bardziej je rozchylał, o ile to oczywiście możliwe. Cóż, jeśli nie chciał mojego towarzystwa, mógł po prostu powiedzieć, a nie spychać mnie z siedziska!
W każdym razie, wcześniejszy przyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę, biorąc pod uwagę zarówno porę posiłku, humor bliskich, możliwość konwersacji, jak i to, że wstałam wypoczęta, uśmiechnięta i wreszcie gotowa do życia.

Wuef i wartości (03.11.2008, g.17:01)

Wuef od 11. Po wuefie pytanie dnia: ile warta jest dziewczyna? Co to w ogóle za pytanie?! Otóż to pytanie zadane przez znajomego z mojej koedukacyjnej wuefowej grupy. A właściwie on nie pytał, tylko stwierdził, że miał zabrać swoją dziewczynę do McDonald's, ale nie zabrał, bo "pewnie musiałbym jej kupić shake'a, a nie wydam przecież na nią 3,50, bo facet to nie jest dojna krowa!"

Boże! Widzisz, a nie grzmisz i gromami nie ciskasz!
Szkoda mu 3,50...!!! Na własną dziewczynę, która powinna być dla niego bezcenna!

Drań i gnom i materialista pieprzony!!!

Komunikacja miejska (24.10.2008, g.15:30)

Piętnastka z Okrężnej z dwiema osobami w środku podjeżdża na Gagarina. W ciągu 10 sekund wypełnia się aż po same drzwi. Nawet te na wprost kierowcy. Niestety, ja już w środku. Starowinka jakaś awanturuje się, że duszno i tłok. Dres ustępuje miejsca innej emerytce, po czym z melancholią patrzy przez jedną z szyb na świat zewnętrzny. Trzymam się odrapanej autobusowej rury niczym brzytwy tonący, drugą dłoń miażdży mi jakiś typ pokaźny, całą swą masą na mnie napierając na zakrętach zwłaszcza. Komorka moja dzwoni. Nie odbieram, bo nie mam jak. Przestała. Dzwoni znowu. Nie odbieram bo nie mam czym. Wysiadam, sprawdzam. Agata. Oddzwaniam. Mleczny Bar pod arkadami. Naleśniki o 16.

Rzecznik i nasze prawa (22.10.2008, g.12:22)

Głowa boli. Głowa mała. W głowie się nie mieści. A za oknem szaro. Ogromne kałuże, łysawe drzewa. Herbata, zupka z kubka, kawa. Mokre włosy schnąć nie chcą; suche się puszą.

Byłyśmy z Małą u Rzecznika Praw Konsumenta. W sprawie butów, co to po trzech założeniach obcas prawie straciły, a gwarancję rozpatrzył producent odmownie, a pani sprzedająca potraktowała nas jak śmieci i bezczelnie rzuciła, że "drugi raz reklamacji na ten sam produkt nie wypiszę, a jak się paniom nie podoba, to do Rzecznika Praw Konsumenta na Placu Teatralnym mogą iść". Nie spodobało się nam, więc poszłyśmy, tym bardziej, że pani sprzedająca namiary nam podała.

U Rzecznika wyszło na światło dnia pochmurnego, że swoich praw nie znamy, że teraz powinien opinię rzeczoznawca wystawić, a później producenta kosztami obciążyć.

Mała nie jest pewna, czy chce walczyć, pogada ze swoją mamą.
Ja bym walczyła o swoje buty. Chociaż dla zasady. Chociaż żeby pokazać, że się nie dam.

Siedzę na stronie UOKiK-u i dowiaduję się, jakie mam prawa.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Pożywne i sycące (26.06.2008, g. 22:16)

poniedziałek, 9 listopada 2009 1
Restauracja "Smak Deesu" gorąco poleca swoje potrawy.
MENU
Dania główne:
1. Gołąbki w sosie własnym (świeżo upolowane)
2. Leczo z ryżem (danie październikowe)
3. Ryż z leczo (danie listopadowe)
4. Weki (mieszanki pasteryzowane wieloskładnikowe)
Zupy:
1. Winiary
2. Kucharek
3. Cykoria
4. Rosół z kostki Knorr
Sałatki:
1. Sałatka z suszonego fioletowego bzu
2. Sałatka "Śmieci z kubełka" (specjalność sali nr 411/3)
Napoje:
1. Wiślanka (znakomita woda z makroelementami oraz bogatym bukietem aromatycznych dodatków ropopochodnych)
2. Gruźliczanka kranowa
Desery:
1. "Radość poszukiwania" (okruchy ciasteczek oraz krakersów z deesowej podłogi, wzbogacone ziarnami sezamu z opakowania po paluszkach)
2. "Rozkosz podniebienia" (odłamki czekolad różnego gatunku wydobyte po dwutygodniowym leżakowaniu w kącie pokoju)
3. "Śmierć protezy" (sucharki wyprodukowane przy pomocy kilkunastoletniego tostera)
Szef kuchni poleca:
1. Zupa "Piórko" (z opierzonego brązowego gołębia)
2. Gołąb równo ubijany skrzydłem okiennym z sałatką na winie (co się nawinie - to do środka)
 
◄Design by Pocket, BlogBulk Blogger Templates. Distributed by Deluxe Templates