Dzieje się. Zacznijmy od tego, ze magisterka również w Toruniu - jakżebym mogła porzucić moją Krainę Absurdu? ;) Toronto zapewniło mi również "pracę". I tak (uwaga, chwalę się ile wlezie) moje biżuty są fotografowane! I nie tak normalnie, moją cyfrówką, pod byle jakim kątem w byle jakim otoczeniu, tylko przez Profesjonalistę. Bardzo fajnego, bardzo sympatycznego profesjonalnego Profesjonalistę, z którym aż chciałoby się pogadać tak normalnie, z tym, że bardzo mnie krępują kobitki z wydawnictwa, które też są sympatyczne... ale jednak nie jestem przy nich do końca sobą, co owocuje tym, że nawet jeśli Profesjonalista... a dupa z tym! Teo - tak. Taki skrót. Od imienia w pewnym sensie. Więc jeśli Teo bardzo sympatycznie zagada, moja odpowiedź jest mocno ograniczona, wydukana, speszona... Ech. Ze mnie to jest ciężki przypadek. ;)
No, ale tutaj o absurdzie ma być, prawda. Absurd jest zupełnie niezwiązany z poprzednim akapitem, za to z dniem wczorajszym jak najbardziej. Otóż, wchodzę do Rossmanna po pastę do zębów. Podchodzę do kasy, płacę, wychodzę, odwracam się i w sklepie gaśnie światło. No nic, gaśnie to gaśnie, pewnie jakieś spięcie. Idę do Taniej Księgarni po jakąś książkę lekką, łatwą i przyjemną, bo mam głód czytelniczy, wybieram, podchodzę do kasy, płacę i... gaśnie światło. Aha... awaria. Ale cóż, wychodzę, idę do sklepu Za Mniej Niż Trzy Złote, bo widziałam w nim tekturowe komódki na biurko z pojemnymi szufladami w cenie 5 zł za sztukę, które pomogłyby mi ogarnąć artystyczny nieład... nie, to już jest artystyczny burdel, na moim twórczym stoliku. Wybieram kolor, biorę w łapę (bo do koszyka się nie mieści), podchodzę do kasy i... gaśnie światło! No co za...! Dobra, płacę, wychodzę na zewnątrz, biorę azymut na akademik i co? I podchodzę ja ci pod drzwi a tam sru! - gaśnie światło. Zbieg okoliczności? ;D.
Portierka: - cholera jasna, Z...kówna, teraz to się narobiło! Wyłączyli, kurna prąd, ciemno jak w grobowcu i jak ja mam poznać, czy to swój student, czy obcy?!
Ja: - przydałby się pani taki halogen. Taki, jak to mieli Niemcy na tych furgonetkach. Wtedy by pani poświeciła i "halt!"
Portierka: - a ty wiesz, że ja mam coś takiego? Taki halogenik? Czekaj...
I wyciąga z szafki latarkę diodową, po czym każdemu wchodzącemu błyska nią po twarzy i stwierdza "swój", "swój", "o, ten też swój", "a ty, kolego - legitka!". Uwielbiam tą kobietę! :))
sobota, 6 listopada 2010
wtorek, 12 stycznia 2010
Chór męski odsłona druga
wtorek, 12 stycznia 2010
1
Nie szkodzi, że położyłam się o trzeciej.
Nie szkodzi, że budzik nastawiony na ósmą.
A to dlatego, że o szóstej czterdzieści-z-hakiem zbudziło mnie nagłe otwieranie drzwi przedsionkowych, przeponowy okrzyk "WSTAAWAAAĆ KUURRRRWAA!", po którym nastąpił śpiew właściwy "WSZYYYSSTTTTTKO CZEGO DZIŚ CHCĘĘĘĘĘ PAMIENNNTAJJJ O TYM!!!"
Tak, w tym momencie następuje klasyczny konflikt interesów, który można by podawać w książkach rozprawiających o sztuce negocjacji (myślę, że lepiej trafiałby on do studentów, niż te już podawane), bo oto to wszystko, czego chcą oni nie jest tym wszystkim, czego chcę ja w danej chwili.
Pozostają dwie metody rozwiązania sporu (a duet cały czas zdziera gardło): negocjacje albo walenie po mordzie.
Plusem negocjacji jest możliwość wspólnego opracowania rozwiązania satysfakcjonującego obie strony.
Minusem - to, że żeby pokojowo zaistniałą sytuację rozwiązać, trzeba duet najpierw przekrzyczeć (działanie z góry skazane na porażkę), duet może nie chcieć uczestniczyć w negocjacjach lub/i dać ci w pysk (mimo, że jesteś dziewczyną)
Natomiast walenie po mordzie, oprócz minusa, który mówi, że dysponuję prawdopodobnie mniejszą siłą aniżeli chórek (nadal drący papę) oraz, że z pijanymi lepiej nie zadzierać, roztacza cały wachlarz plusów, z których niektóre to:
- brak konieczności zdzierania własnego gardła dla dojścia do głosu,
- możliwość powalenia przeciwnika elementem zaskoczenia (dziewczyna, a po mordach trzaska?!)
- uzyskanie natychmiastowej ciszy (o to mi właśnie chodzi)
- wdzięczność całego piętra (bezcenne ;))
Wobec takich argumentów, wiadomo już chyba, co wybrałam.
Tak, oczywiście.
Położyłam się z powrotem do łóżka.
Bardzo dobra decyzja, tym bardziej, iż po chwili na piętro zawitał pan ochroniarz i, wyprowadzając śpiewaków, zakończył koncert.
Nie szkodzi, że budzik nastawiony na ósmą.
A to dlatego, że o szóstej czterdzieści-z-hakiem zbudziło mnie nagłe otwieranie drzwi przedsionkowych, przeponowy okrzyk "WSTAAWAAAĆ KUURRRRWAA!", po którym nastąpił śpiew właściwy "WSZYYYSSTTTTTKO CZEGO DZIŚ CHCĘĘĘĘĘ PAMIENNNTAJJJ O TYM!!!"
Tak, w tym momencie następuje klasyczny konflikt interesów, który można by podawać w książkach rozprawiających o sztuce negocjacji (myślę, że lepiej trafiałby on do studentów, niż te już podawane), bo oto to wszystko, czego chcą oni nie jest tym wszystkim, czego chcę ja w danej chwili.
Pozostają dwie metody rozwiązania sporu (a duet cały czas zdziera gardło): negocjacje albo walenie po mordzie.
Plusem negocjacji jest możliwość wspólnego opracowania rozwiązania satysfakcjonującego obie strony.
Minusem - to, że żeby pokojowo zaistniałą sytuację rozwiązać, trzeba duet najpierw przekrzyczeć (działanie z góry skazane na porażkę), duet może nie chcieć uczestniczyć w negocjacjach lub/i dać ci w pysk (mimo, że jesteś dziewczyną)
Natomiast walenie po mordzie, oprócz minusa, który mówi, że dysponuję prawdopodobnie mniejszą siłą aniżeli chórek (nadal drący papę) oraz, że z pijanymi lepiej nie zadzierać, roztacza cały wachlarz plusów, z których niektóre to:
- brak konieczności zdzierania własnego gardła dla dojścia do głosu,
- możliwość powalenia przeciwnika elementem zaskoczenia (dziewczyna, a po mordach trzaska?!)
- uzyskanie natychmiastowej ciszy (o to mi właśnie chodzi)
- wdzięczność całego piętra (bezcenne ;))
Wobec takich argumentów, wiadomo już chyba, co wybrałam.
Tak, oczywiście.
Położyłam się z powrotem do łóżka.
Bardzo dobra decyzja, tym bardziej, iż po chwili na piętro zawitał pan ochroniarz i, wyprowadzając śpiewaków, zakończył koncert.
Etykiety:
koncert
Subskrybuj:
Posty (Atom)