O piątej trzydzieści rano, czyli dla mnie w samym środku nocy, obudził mnie chór chłopięcy o intrygująco chropawym brzmieniu. Jego członkowie przygotowali pieśń będącą hołdem dla nieobecnych, śpiewając na głosy (wyjątkowo naiwne z mojej strony uzasadnienie "nierówności" śpiewu) "cuuuudooownyyyyyyyyyych roooodzyyyyyyyyycóóów mam!" Koncert ten odbywał się, wnioskując po akustyce, na głównym holu drugiego piętra, zapewne dla uczczenia informacji o wpłaceniu pieniędzy na konto przez wyżej wymienionych "cudownych rodzyców". Chór bisował kilkudziesięciokrotnie, stosując między jednym a drugim powtórzeniem około półminutowe przerwy, które za każdym razem napawały mnie nadzieją, iż koncert właśnie dobiegł końca i mogę spać spokojnie, jednak gdy tylko zaczynało mi się robić "błogo" refren utworu na cześć "cudownych rodzyców" wyrywał mnie brutalnie z objęć Morfeusza. Kiedy chłopcy definitywnie zakończyli część wokalną, zaczęli, jak mniemam, znosić "instrumenty" ze sceny, gdyż dało się (oj dało!) słyszeć brzęk tłuczonego szkła. W końcu nie od dziś wiadomo, że naczynia szklane wypełnione wodą potrafią w rękach wirtuoza wydawać naprawdę cudowne dźwięki. Podejrzewam, iż wodę znajdująca się na początku występu w owych "instrumentach szklanych" można by określić wzorem C2H5OH, chociaż pewności do końca nie mam, gdyż pamiętam jeszcze nie tak odległe czasy (bo zeszłoroczne), kiedy to w jednym z "apartamentów" na drugim piętrze można było nabyć, za symboliczną kwotę dwudziestu złotych za litr, alkohol bez banderoli, sprowadzany zza wschodniej granicy, o wdzięcznej nazwie "Fryderyk", którym zapijali się moi byli piętrowi współmieszkańcy, a którego wzoru nie znam i niech tak pozostanie.
Koniec końców, nie zasnęłam już tej nocy (tego ranka?), więc tekst ten wstukuję prawie nosem.
Kawy!
wtorek, 24 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz