Moja babcia powtarza: Dziecko! Ty pamiętaj, jak tam będziesz w tym Toruniu, żeby jeść codziennie przynajmniej jeden ciepły posiłek! Cóż, ostatnio różnie z tym bywało, bo a to wszystkie palniki w kuchni zajęte akurat wtedy, gdy jestem głodna, albo taki syf, że wchodząc kroku dać nie można, bo się buty lepią do podłogi (akademik...), więc od razu przechodzi ochota na gotowanie i konsumpcję jakąkolwiek.
Dlatego wracając dzisiaj z zajęć, przebyłam autobusem linii piętnaście kierunek Rubinkowo II o jeden przystanek więcej niż zazwyczaj i wysiadłam na Starówce. Odczekałam swoje w kolejce do bankomatu (gdyż albowiem to jedyny Starówkowy bankomat banku na trzy, a w porywach na pięć liter), po czym wypłaciłam pieniądze i nogi samoczynnie poniosły mnie w kierunku zapiekanek (to już chyba jest jakieś zboczenie). A tam, oprócz rzeczonej zapiekanki (z surówką i ketchupem, co jest wręcz kluczową kwestią) zakupiłam dwa gofry na wynos - jeden z pudrem, a drugi z bitą śmietaną oraz owocami. Kierując się w stronę akademika rozmyślałam sobie, jaką to jestem usłuchaną wnuczką (w końcu zapiekanka to posiłek ciepły), a przy okazji precyzyjnymi cięciami obu moich uzębionych żuchw dzieliłam starannie kapustę z surówki na drobne kawałeczki, żeby kolejny raz wiochy na chodniku spadającą jarzyną nie robić. I wszystko szło po mojej myśli do momentu, w którym podchodząc pod górkę na Rapaka musiałam wyminąć gromadkę goębi-półlotów (fruwają tylko w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych, dostania się na czwarte piętro akademika przez okno, tudzież odpędzeniu konkurenta od okruchów, w innych przypadkach zachowują się jakby nie miały skrzydeł. Na chodniku spokojnie można je rozdeptać), które postanowiły koczować na samym środku drogi. Tak więc zaczęłam już manewr wyprzedzania, podgryzając z zadowoleniem chrupiącą skórkę pieczonej bułki, a tu nagle jeden pierzasty postanowił odłączyć się od swojej grupy i nawet się nie rozglądając wlazł mi prawie pod nogi! W tym momencie z jedną kończyną dolną w powietrzu (bo gotowa była już do postawienia kroku) rozpoczęłam balansowanie ciałem, przeczuwając, że koniec jest bliski. Był. Z tym, że zamiast spodziewanej utraty równowagi, z zapiekanki "sfrunęła" uketchupowana czerwona kapusta, lądując na mojej chustce, na moim płaszczu, na torbie, w której niosłam gofry oraz z lewej strony mojego lewego trampka. Great. Cóż, wyglądać to musiało przekomicznie, biorąc pod uwagę, że mijający mnie facet z aktówką aż przystanął i zapytał: może chusteczkę? Podziękowałam, gdyż akurat (cudem jakimś) dysponowałam swoimi. Kiedy już po wstępnym odkapuszczeniu znalazłam się w tej mojej klitce na pierwszym piętrze i stwierdziłam, że czas teraz na pocieszalnego gofra z bitą śmietaną i owocami, doznałam kolejnego szoku: na moim gofrze, na bitej śmietanie, pomiędzy owocami znajdowało się co? Oczywiście kilka pasków czerwonej kapusty... Klątwa jakaś normalnie. Albo znak, że czas skończyć z zapiekankami na czas jakiś.
Ech, niech żyje zgrabność, po prostu.
środa, 18 listopada 2009
Niech żyje zgrabnosć! (28.10.2009, g. 17:22)
środa, 18 listopada 2009
Etykiety:
akademik,
gołąb,
Starówka,
zapiekanka
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz