W dniu dzisiejszym odwiedziłam moją ukooooochaaaaaną wręcz uczelnię w celu złożenia podania o ten jebany warunek z tego jebanego karnego i chuj mnie najjaśniejszy strzelił już o godzinie dziewiątej pięćdziesiąt pięć (bo właśnie wtedy dotarłam do dziekanatu). Otóż okazało się, iż pewna Pani Doktor w swojej wiekuistej nadjasności nie zrobiła mi wpisu w indeksie. Wpisu z przedmiotu zdanego na 4! Mnie i jeszcze piętnastu innym osobom. Baba Dziekanatowa podanie o warunek przyjęła i włożyła w mój indeks (oczywiście po wielkich bojach - Graża wróóóóć!!!), następnie odłożyła go na kupkę innych indeksów i chuj. Pytam o termin decyzji, pytam o wysokość opłaty, a Baba Dziekanatowa patrzy na mnie jak na debilkę ostatnią, no bo przecież wszystko powinno być dla mnie jasne. No, kurwa oczywiście! Bo ja to miałam z dwieście warunków do tej pory, a nie pierwszy teraźniejszy! Fuck!
No i, kuźwa, stanęło na tym, że tak czy siak muszę się zjawić w piątek na uczelni. Bo Pani Doktor Wielmożna Jaśniepańska właśnie wtedy ma dyżur. Od 12 do 13. Tak, mogłabym kogoś poprosić o pójście w moim imieniu. Nie, nie zrobię tego, bo w takiej sytuacji wierzę tylko sobie i dopiero jak na własne oczy wpis zobaczę, to uwierzę.
Dzisiaj, po raz pierwszy sama jechałam do Torunia samochodem. Znaczy, z pasażerem, ale ten pasażer jeszcze nie posiada uprawnień do kierowania pojazdem silnikowym.
Dwie i niecałe pół godziny mi wyszło. Oczywiście, mogłabym jechać półtorej godziny, cisnąć sto czterdzieści. Tylko po co?
Droga powrotna w czasie porównywalnym. I, kurde, jestem wymięta jak filet z kurczaka w Polo Markecie. I jak lubię jeździć samochodem, tak rzygam na samą myśl o ponownej wyprawie w piątek. Za krótki odstęp czasu. Ale teraz przynajmniej mogę w miarę realnie ocenić swoje możliwości za kółkiem. Jedno co dobre.
A teraz Hitchcock na odstresowanie.
Studiów mi się, kurwa, zachciało! Nie dosyć, że studiuję nie to, co chciałabym (bo w sumie dla mnie jeszcze nie stworzono odpowiedniego kierunku), to jeszcze stale jakieś problemy. I wszyscy myślą, że mogą mieć do mnie o wszystko pretensje i roszczenia z księżyca wzięte, a po mnie wszystko spływa, bo się nie fochuję. Sralalala. Nie fochuję się bo to głupie jak dziurawy but lewonożny i głęboko niezgodne z moim charakterem. A nie spływa po mnie, co jasno wynika z treści wpisu.
Dobra, koniec.
A teraz już naprawdę Hitchcock
środa, 18 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz