sobota, 6 listopada 2010

Radośnie wznawiam nadawanie

sobota, 6 listopada 2010 0
Dzieje się. Zacznijmy od tego, ze magisterka również w Toruniu - jakżebym mogła porzucić moją Krainę Absurdu? ;) Toronto zapewniło mi również "pracę". I tak (uwaga, chwalę się ile wlezie) moje biżuty są fotografowane! I nie tak normalnie, moją cyfrówką, pod byle jakim kątem w byle jakim otoczeniu, tylko przez Profesjonalistę. Bardzo fajnego, bardzo sympatycznego profesjonalnego Profesjonalistę, z którym aż chciałoby się pogadać tak normalnie, z tym, że bardzo mnie krępują kobitki z wydawnictwa, które też są sympatyczne... ale jednak nie jestem przy nich do końca sobą, co owocuje tym, że nawet jeśli Profesjonalista... a dupa z tym! Teo - tak. Taki skrót. Od imienia w pewnym sensie. Więc jeśli Teo bardzo sympatycznie zagada, moja odpowiedź jest mocno ograniczona, wydukana, speszona... Ech. Ze mnie to jest ciężki przypadek. ;)
No, ale tutaj o absurdzie ma być, prawda. Absurd jest zupełnie niezwiązany z poprzednim akapitem, za to z dniem wczorajszym jak najbardziej. Otóż, wchodzę do Rossmanna po pastę do zębów. Podchodzę do kasy, płacę, wychodzę, odwracam się i w sklepie gaśnie światło. No nic, gaśnie to gaśnie, pewnie jakieś spięcie. Idę do Taniej Księgarni po jakąś książkę lekką, łatwą i przyjemną, bo mam głód czytelniczy, wybieram, podchodzę do kasy, płacę i... gaśnie światło. Aha... awaria. Ale cóż, wychodzę, idę do sklepu Za Mniej Niż Trzy Złote, bo widziałam w nim tekturowe komódki na biurko z pojemnymi szufladami w cenie 5 zł za sztukę, które pomogłyby mi ogarnąć artystyczny nieład... nie, to już jest artystyczny burdel, na moim twórczym stoliku. Wybieram kolor, biorę w łapę (bo do koszyka się nie mieści), podchodzę do kasy i... gaśnie światło! No co za...! Dobra, płacę, wychodzę na zewnątrz, biorę azymut na akademik i co? I podchodzę ja ci pod drzwi a tam sru! - gaśnie światło. Zbieg okoliczności? ;D.
Portierka: - cholera jasna, Z...kówna, teraz to się narobiło! Wyłączyli, kurna prąd, ciemno jak w grobowcu i jak ja mam poznać, czy to swój student, czy obcy?!
Ja: - przydałby się pani taki halogen. Taki, jak to mieli Niemcy na tych furgonetkach. Wtedy by pani poświeciła i "halt!"
Portierka: - a ty wiesz, że ja mam coś takiego? Taki halogenik? Czekaj...
I wyciąga z szafki latarkę diodową, po czym każdemu wchodzącemu błyska nią po twarzy i stwierdza "swój", "swój", "o, ten też swój", "a ty, kolego - legitka!". Uwielbiam tą kobietę! :))

wtorek, 12 stycznia 2010

Chór męski odsłona druga

wtorek, 12 stycznia 2010 1
Nie szkodzi, że położyłam się o trzeciej.
Nie szkodzi, że budzik nastawiony na ósmą.
A to dlatego, że o szóstej czterdzieści-z-hakiem zbudziło mnie nagłe otwieranie drzwi przedsionkowych, przeponowy okrzyk "WSTAAWAAAĆ KUURRRRWAA!", po którym nastąpił śpiew właściwy "WSZYYYSSTTTTTKO CZEGO DZIŚ CHCĘĘĘĘĘ PAMIENNNTAJJJ O TYM!!!"
Tak, w tym momencie następuje klasyczny konflikt interesów, który można by podawać w książkach rozprawiających o sztuce negocjacji (myślę, że lepiej trafiałby on do studentów, niż te już podawane), bo oto to wszystko, czego chcą oni nie jest tym wszystkim, czego chcę ja w danej chwili.
Pozostają dwie metody rozwiązania sporu (a duet cały czas zdziera gardło): negocjacje albo walenie po mordzie.
Plusem negocjacji jest możliwość wspólnego opracowania rozwiązania satysfakcjonującego obie strony.
Minusem - to, że żeby pokojowo zaistniałą sytuację rozwiązać, trzeba duet najpierw przekrzyczeć (działanie z góry skazane na porażkę), duet może nie chcieć uczestniczyć w negocjacjach lub/i dać ci w pysk (mimo, że jesteś dziewczyną)

Natomiast walenie po mordzie, oprócz minusa, który mówi, że dysponuję prawdopodobnie mniejszą siłą aniżeli chórek (nadal drący papę) oraz, że z pijanymi lepiej nie zadzierać, roztacza cały wachlarz plusów, z których niektóre to:
- brak konieczności zdzierania własnego gardła dla dojścia do głosu,
- możliwość powalenia przeciwnika elementem zaskoczenia (dziewczyna, a po mordach trzaska?!)
- uzyskanie natychmiastowej ciszy (o to mi właśnie chodzi)
- wdzięczność całego piętra (bezcenne ;))

Wobec takich argumentów, wiadomo już chyba, co wybrałam.
Tak, oczywiście.
Położyłam się z powrotem do łóżka.
Bardzo dobra decyzja, tym bardziej, iż po chwili na piętro zawitał pan ochroniarz i, wyprowadzając śpiewaków, zakończył koncert.

wtorek, 24 listopada 2009

Toruńskie "Słowiki" (?)

wtorek, 24 listopada 2009 0
O piątej trzydzieści rano, czyli dla mnie w samym środku nocy, obudził mnie chór chłopięcy o intrygująco chropawym brzmieniu. Jego członkowie przygotowali pieśń będącą hołdem dla nieobecnych, śpiewając na głosy (wyjątkowo naiwne z mojej strony uzasadnienie "nierówności" śpiewu) "cuuuudooownyyyyyyyyyych roooodzyyyyyyyyycóóów mam!" Koncert ten odbywał się, wnioskując po akustyce, na głównym holu drugiego piętra, zapewne dla uczczenia informacji o wpłaceniu pieniędzy na konto przez wyżej wymienionych "cudownych rodzyców". Chór bisował kilkudziesięciokrotnie, stosując między jednym a drugim powtórzeniem około półminutowe przerwy, które za każdym razem napawały mnie nadzieją, iż koncert właśnie dobiegł końca i mogę spać spokojnie, jednak gdy tylko zaczynało mi się robić "błogo" refren utworu na cześć "cudownych rodzyców" wyrywał mnie brutalnie z objęć Morfeusza. Kiedy chłopcy definitywnie zakończyli część wokalną, zaczęli, jak mniemam, znosić "instrumenty" ze sceny, gdyż dało się (oj dało!) słyszeć brzęk tłuczonego szkła. W końcu nie od dziś wiadomo, że naczynia szklane wypełnione wodą potrafią w rękach wirtuoza wydawać naprawdę cudowne dźwięki. Podejrzewam, iż wodę znajdująca się na początku występu w owych "instrumentach szklanych" można by określić wzorem C2H5OH, chociaż pewności do końca nie mam, gdyż pamiętam jeszcze nie tak odległe czasy (bo zeszłoroczne), kiedy to w jednym z "apartamentów" na drugim piętrze można było nabyć, za symboliczną kwotę dwudziestu złotych za litr, alkohol bez banderoli, sprowadzany zza wschodniej granicy, o wdzięcznej nazwie "Fryderyk", którym zapijali się moi byli piętrowi współmieszkańcy, a którego wzoru nie znam i niech tak pozostanie.
Koniec końców, nie zasnęłam już tej nocy (tego ranka?), więc tekst ten wstukuję prawie nosem.
Kawy!

czwartek, 19 listopada 2009

Akademik po prostu...

czwartek, 19 listopada 2009 1



środa, 18 listopada 2009

Akademik... (07.11.2009, g. 09:56)

środa, 18 listopada 2009 0
Matko, ja chcę do mojego domu! Na stałe! Bo w tej "domowej namiastce", w której się obecnie znajduję, dostanę na łeb już dokumentnie. Jak nic. Wstaję o pół do dziewiątej. Idę pod prysznic. A tam... na podłodze wala się zielony groszek, kukurydza oraz resztki chyba-obiadu jakiegoś rozimprezowanego człeka. Nie wspomnę jakie mam odruchy na ten widok. Idę piętro wyżej, tam jakby ciut lepiej, wiec biorę prysznic i szybko wracam do pokoju. Jednak za chwilę okazuje się, że mój pęcherz wzywa mnie w jeszcze jedno miejsce... W to, które wzbudza moją odrazę na sam dźwięk słów "WC w akademiku"... Za każdym razem gdy się tam zjawiam mam wizje. Wizje, obrazujące wielkiego czarnego sedesowego potwora, który czai się gdzieś w syfie przy spłuczce i tylko czeka, żeby dziabnąć mnie w tyłek. Nie żartuję!
Tak więc wchodzę, a właściwie zatrzymuję się przy progu, bo wejść się nie da. Znaczy, da się, ale istnieje niebezpieczeństwo przyklejenia się do tamtejszej podłogi. Dlatego idę na piętro drugie. Tam analogiczna sytuacja, tak samo na trzecim. Wracając z piętra czwartego (ostatniego) jestem tak przerażona, że już nie pamiętam po co tam poszłam. Tak samo, jak mój pęcherz, który, po tak ciężkim szoku, nie ma już żadnych żądań.
Mieszkając przez dwa lata na czwartym piętrze myślałam, że tylko tam jest syf do tego stopnia. Ha! Moje poglądy były płaskie jak ziemia w średniowieczu. Ja nie wiem jak tak można... a zresztą brak mi słów. Apatia. Dobrze, ze za moment zjawi się tu KujAga i wyjdziemy gdzieś na miasto...

Niech żyje zgrabnosć! (28.10.2009, g. 17:22)

Moja babcia powtarza: Dziecko! Ty pamiętaj, jak tam będziesz w tym Toruniu, żeby jeść codziennie przynajmniej jeden ciepły posiłek! Cóż, ostatnio różnie z tym bywało, bo a to wszystkie palniki w kuchni zajęte akurat wtedy, gdy jestem głodna, albo taki syf, że wchodząc kroku dać nie można, bo się buty lepią do podłogi (akademik...), więc od razu przechodzi ochota na gotowanie i konsumpcję jakąkolwiek.
Dlatego wracając dzisiaj z zajęć, przebyłam autobusem linii piętnaście kierunek Rubinkowo II o jeden przystanek więcej niż zazwyczaj i wysiadłam na Starówce. Odczekałam swoje w kolejce do bankomatu (gdyż albowiem to jedyny Starówkowy bankomat banku na trzy, a w porywach na pięć liter), po czym wypłaciłam pieniądze i nogi samoczynnie poniosły mnie w kierunku zapiekanek (to już chyba jest jakieś zboczenie). A tam, oprócz rzeczonej zapiekanki (z surówką i ketchupem, co jest wręcz kluczową kwestią) zakupiłam dwa gofry na wynos - jeden z pudrem, a drugi z bitą śmietaną oraz owocami. Kierując się w stronę akademika rozmyślałam sobie, jaką to jestem usłuchaną wnuczką (w końcu zapiekanka to posiłek ciepły), a przy okazji precyzyjnymi cięciami obu moich uzębionych żuchw dzieliłam starannie kapustę z surówki na drobne kawałeczki, żeby kolejny raz wiochy na chodniku spadającą jarzyną nie robić. I wszystko szło po mojej myśli do momentu, w którym podchodząc pod górkę na Rapaka musiałam wyminąć gromadkę goębi-półlotów (fruwają tylko w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych, dostania się na czwarte piętro akademika przez okno, tudzież odpędzeniu konkurenta od okruchów, w innych przypadkach zachowują się jakby nie miały skrzydeł. Na chodniku spokojnie można je rozdeptać), które postanowiły koczować na samym środku drogi. Tak więc zaczęłam już manewr wyprzedzania, podgryzając z zadowoleniem chrupiącą skórkę pieczonej bułki, a tu nagle jeden pierzasty postanowił odłączyć się od swojej grupy i nawet się nie rozglądając wlazł mi prawie pod nogi! W tym momencie z jedną kończyną dolną w powietrzu (bo gotowa była już do postawienia kroku) rozpoczęłam balansowanie ciałem, przeczuwając, że koniec jest bliski. Był. Z tym, że zamiast spodziewanej utraty równowagi, z zapiekanki "sfrunęła" uketchupowana czerwona kapusta, lądując na mojej chustce, na moim płaszczu, na torbie, w której niosłam gofry oraz z lewej strony mojego lewego trampka. Great. Cóż, wyglądać to musiało przekomicznie, biorąc pod uwagę, że mijający mnie facet z aktówką aż przystanął i zapytał: może chusteczkę? Podziękowałam, gdyż akurat (cudem jakimś) dysponowałam swoimi. Kiedy już po wstępnym odkapuszczeniu znalazłam się w tej mojej klitce na pierwszym piętrze i stwierdziłam, że czas teraz na pocieszalnego gofra z bitą śmietaną i owocami, doznałam kolejnego szoku: na moim gofrze, na bitej śmietanie, pomiędzy owocami znajdowało się co? Oczywiście kilka pasków czerwonej kapusty... Klątwa jakaś normalnie. Albo znak, że czas skończyć z zapiekankami na czas jakiś.
Ech, niech żyje zgrabność, po prostu.

Absurdalny system podań (16.10.2009, g. 22:50)

Kolejny dzień z serii tych, w których "świat mi ręką nie idzie". W sumie zaczęło się od wczorajszego wieczoru, kiedy to doszłyśmy z Gosią do wniosku, że, w ramach odreagowania oraz integracji, powinnyśmy obalić butelkę wina. Obaliłyśmy dwie. Gośka "odpadła" koło pół do dwunastej, ja jeszcze się pokręciłam po pokoju (dosłownie), zmyłam makijaż (wow), wzięłam prysznic (i nie zdemolowałam przy tym łazienki, chociaż wracając do pokoju zastanawiałam się, dlaczego w akademiku wstawiają takie wąskie drzwi... Swoją drogą, to bardzo ciekawe zjawisko, znaczy nie szerokość drzwi, a to co się dzieje ze mną po spożyciu znacznej ilości alkoholu. Bo otóż, Moi Mili, mam ogromne problemy z koordynacją ruchów i ogólnym panowaniem nad ciałem przy jednoczesnej jasności umysłu. Więcej, ujawniają się wówczas moje talenty językowe, ale to podobno jest efektem "normalnym", występującym u większości ludzi...), po czym grzeczniuteńko zległam na moim łóżku trzydzieści minut po północy. O szóstej rano wyrwał mnie z najlepszej fazy snu mój budzik, obwieszczający, iż mam jeszcze dwie godziny do pierwszego z trzech dzisiejszych fakultetów. Obowiązkowych, dodam. Tylko na momencik opuściłam powieki, po czym podniosłam je pół godziny później (jak to możliwe?!) i latałam jak kot z pęcherzem, żeby tylko się wyrobić. Autobus zwiał mi sprzed nosa, wsiadłam w następny, wysiadłam przy rektoracie i rozpoczęłam sunięcie z prędkością światła w kierunku naszego Wydziału Na Zadupiu. Będąc w połowie drogi odebrałam telefon. BK. Że fakultet, na który właśnie pruję, odwołany. Do następnego dwie godziny. Nie opłacało się wracać do akademika, więc dwie godziny spędziłam z trójką innych, w ten sposób wykiwanych dziewczyn oraz półlitrową butelką Cisowianki w wydziałowym "barze". W ciągu następnych prawie-dwóch-godzin starałam się przeżyć kolejny fakultet namiętnie rozwiązując sudoku. Natomiast trzeci fakultet... No cóż... Weszła jędzowata babka i od progu poinformowała, że ten przedmiot nie jest skierowany do europeistyki, gdyż albowiem jego strona merytoryczna będzie pokrywała się z obowiązkowym wykładem w przyszłym semestrze. Więc nie wiem, czy dziekan to państwu zaliczy, bo to tak, jakby przedmiot się zdublował... Państwo nie znają planu studiów? Cóż, no to szkoda...
Siedem osób wyszło, w tym ja. Nie będę się z francą użerać. I co nam po planie studiów, jeżeli wykład nazywa się "Ochrona własności intelektualnej", a fakultet "Prawo autorskie"? To co, mamy przed każdym październikiem brać szczegółowy opis zajęć od każdego wykładowcy i sprawdzać, czy przypadkiem coś się nie pokrywa z fakultetem?! No nie bądźmy, kurde, śmieszni! Już i tak rozwalają mnie teksty umieszczane na naszej stronie www, gdzie to przytacza się pogrubioną czcionką postanowienia Rady Wydziału, że na każde rejestrowanie i wyrejestrowanie musi wyrazić zgodę Jaśnie Pan Dziekan. Już to, kuźwa, widzę; "Zwracam się z uprzejmą prośbą o wydanie zezwolenia na jednokrotne kliknięcie myszą w uczelnianym systemie USOS, w karcie "fakultety" na ikonkę z koszyczkiem, a w przypadku jej braku, na link "wyrejestruj". I odpowiedź: "Szanowny/a Pan/Pani Agnieszka Jakaśtam otrzymuje zgodę na jednokrotne kliknięcie myszą. Dokument otrzymują: 1) Adresat, 2)WPiA a/a" i tak, na przykład pięćdziesiąt razy. Bo czegoś nie utworzą z powodu braku chętnych albo okaże się nagle, że dany przedmiot koliduje mi z angielskim, albo inne cuda-niewidy. Great.
Odpuściłam sobie też weekendowy powrót do domu, gdyż ponieważ musiałam udać się w jeszcze jedno miejsce i załatwić very-important-thing, której oczywiście nie udało mi się załatwić (don't ask...) i, w ostatecznym rozrachunku, nie zdążyłam na autobus. Super. Zaowocowało to oczywiście fochem eSowatego, no bo przecież miałam wrócić, mieliśmy spędzić trochę czasu razem, a tu dupa no i zonk. Kurde, jeszcze się nie nauczył, że odgrywanie oburzonych princessek rusza mnie tak samo jak artysta-malarz betoniarkę. Chce mieć focha - niech se ma. Nie moja brocha. Skoro nie rozumie, że nie wszystko jest ode mnie zależne i choćbym się posrała nie zawsze uda mi się wszystko dopiąć na ostatni guzik, to niech lepiej spada, bo szkoda i jego i mojego czasu. Może jestem zimną francą, ale nie mogę dźwigać wszystkiego sama. To jest ponad moje siły. Więc niech przyjdzie w końcu lepszy dzień albo przyleci jakiś zamachowiec i zrzuci średniego kalibru pocisk na tą naszą Prawno-Administracyjną Tanc-Budę i rozpieprzy ją w cholerę albo raz niech usłyszę, że mnie chociaż myślami wspiera. Nie wymagam, żeby rozumiał. Wystarczy słowo "wsparcie". Ech.
 
◄Design by Pocket, BlogBulk Blogger Templates. Distributed by Deluxe Templates