Matko, ja chcę do mojego domu! Na stałe! Bo w tej "domowej namiastce", w której się obecnie znajduję, dostanę na łeb już dokumentnie. Jak nic. Wstaję o pół do dziewiątej. Idę pod prysznic. A tam... na podłodze wala się zielony groszek, kukurydza oraz resztki chyba-obiadu jakiegoś rozimprezowanego człeka. Nie wspomnę jakie mam odruchy na ten widok. Idę piętro wyżej, tam jakby ciut lepiej, wiec biorę prysznic i szybko wracam do pokoju. Jednak za chwilę okazuje się, że mój pęcherz wzywa mnie w jeszcze jedno miejsce... W to, które wzbudza moją odrazę na sam dźwięk słów "WC w akademiku"... Za każdym razem gdy się tam zjawiam mam wizje. Wizje, obrazujące wielkiego czarnego sedesowego potwora, który czai się gdzieś w syfie przy spłuczce i tylko czeka, żeby dziabnąć mnie w tyłek. Nie żartuję!
Tak więc wchodzę, a właściwie zatrzymuję się przy progu, bo wejść się nie da. Znaczy, da się, ale istnieje niebezpieczeństwo przyklejenia się do tamtejszej podłogi. Dlatego idę na piętro drugie. Tam analogiczna sytuacja, tak samo na trzecim. Wracając z piętra czwartego (ostatniego) jestem tak przerażona, że już nie pamiętam po co tam poszłam. Tak samo, jak mój pęcherz, który, po tak ciężkim szoku, nie ma już żadnych żądań.
Mieszkając przez dwa lata na czwartym piętrze myślałam, że tylko tam jest syf do tego stopnia. Ha! Moje poglądy były płaskie jak ziemia w średniowieczu. Ja nie wiem jak tak można... a zresztą brak mi słów. Apatia. Dobrze, ze za moment zjawi się tu KujAga i wyjdziemy gdzieś na miasto...
środa, 18 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz