Kolejny dzień z serii tych, w których "świat mi ręką nie idzie". W sumie zaczęło się od wczorajszego wieczoru, kiedy to doszłyśmy z Gosią do wniosku, że, w ramach odreagowania oraz integracji, powinnyśmy obalić butelkę wina. Obaliłyśmy dwie. Gośka "odpadła" koło pół do dwunastej, ja jeszcze się pokręciłam po pokoju (dosłownie), zmyłam makijaż (wow), wzięłam prysznic (i nie zdemolowałam przy tym łazienki, chociaż wracając do pokoju zastanawiałam się, dlaczego w akademiku wstawiają takie wąskie drzwi... Swoją drogą, to bardzo ciekawe zjawisko, znaczy nie szerokość drzwi, a to co się dzieje ze mną po spożyciu znacznej ilości alkoholu. Bo otóż, Moi Mili, mam ogromne problemy z koordynacją ruchów i ogólnym panowaniem nad ciałem przy jednoczesnej jasności umysłu. Więcej, ujawniają się wówczas moje talenty językowe, ale to podobno jest efektem "normalnym", występującym u większości ludzi...), po czym grzeczniuteńko zległam na moim łóżku trzydzieści minut po północy. O szóstej rano wyrwał mnie z najlepszej fazy snu mój budzik, obwieszczający, iż mam jeszcze dwie godziny do pierwszego z trzech dzisiejszych fakultetów. Obowiązkowych, dodam. Tylko na momencik opuściłam powieki, po czym podniosłam je pół godziny później (jak to możliwe?!) i latałam jak kot z pęcherzem, żeby tylko się wyrobić. Autobus zwiał mi sprzed nosa, wsiadłam w następny, wysiadłam przy rektoracie i rozpoczęłam sunięcie z prędkością światła w kierunku naszego Wydziału Na Zadupiu. Będąc w połowie drogi odebrałam telefon. BK. Że fakultet, na który właśnie pruję, odwołany. Do następnego dwie godziny. Nie opłacało się wracać do akademika, więc dwie godziny spędziłam z trójką innych, w ten sposób wykiwanych dziewczyn oraz półlitrową butelką Cisowianki w wydziałowym "barze". W ciągu następnych prawie-dwóch-godzin starałam się przeżyć kolejny fakultet namiętnie rozwiązując sudoku. Natomiast trzeci fakultet... No cóż... Weszła jędzowata babka i od progu poinformowała, że ten przedmiot nie jest skierowany do europeistyki, gdyż albowiem jego strona merytoryczna będzie pokrywała się z obowiązkowym wykładem w przyszłym semestrze. Więc nie wiem, czy dziekan to państwu zaliczy, bo to tak, jakby przedmiot się zdublował... Państwo nie znają planu studiów? Cóż, no to szkoda...
Siedem osób wyszło, w tym ja. Nie będę się z francą użerać. I co nam po planie studiów, jeżeli wykład nazywa się "Ochrona własności intelektualnej", a fakultet "Prawo autorskie"? To co, mamy przed każdym październikiem brać szczegółowy opis zajęć od każdego wykładowcy i sprawdzać, czy przypadkiem coś się nie pokrywa z fakultetem?! No nie bądźmy, kurde, śmieszni! Już i tak rozwalają mnie teksty umieszczane na naszej stronie www, gdzie to przytacza się pogrubioną czcionką postanowienia Rady Wydziału, że na każde rejestrowanie i wyrejestrowanie musi wyrazić zgodę Jaśnie Pan Dziekan. Już to, kuźwa, widzę; "Zwracam się z uprzejmą prośbą o wydanie zezwolenia na jednokrotne kliknięcie myszą w uczelnianym systemie USOS, w karcie "fakultety" na ikonkę z koszyczkiem, a w przypadku jej braku, na link "wyrejestruj". I odpowiedź: "Szanowny/a Pan/Pani Agnieszka Jakaśtam otrzymuje zgodę na jednokrotne kliknięcie myszą. Dokument otrzymują: 1) Adresat, 2)WPiA a/a" i tak, na przykład pięćdziesiąt razy. Bo czegoś nie utworzą z powodu braku chętnych albo okaże się nagle, że dany przedmiot koliduje mi z angielskim, albo inne cuda-niewidy. Great.
Odpuściłam sobie też weekendowy powrót do domu, gdyż ponieważ musiałam udać się w jeszcze jedno miejsce i załatwić very-important-thing, której oczywiście nie udało mi się załatwić (don't ask...) i, w ostatecznym rozrachunku, nie zdążyłam na autobus. Super. Zaowocowało to oczywiście fochem eSowatego, no bo przecież miałam wrócić, mieliśmy spędzić trochę czasu razem, a tu dupa no i zonk. Kurde, jeszcze się nie nauczył, że odgrywanie oburzonych princessek rusza mnie tak samo jak artysta-malarz betoniarkę. Chce mieć focha - niech se ma. Nie moja brocha. Skoro nie rozumie, że nie wszystko jest ode mnie zależne i choćbym się posrała nie zawsze uda mi się wszystko dopiąć na ostatni guzik, to niech lepiej spada, bo szkoda i jego i mojego czasu. Może jestem zimną francą, ale nie mogę dźwigać wszystkiego sama. To jest ponad moje siły. Więc niech przyjdzie w końcu lepszy dzień albo przyleci jakiś zamachowiec i zrzuci średniego kalibru pocisk na tą naszą Prawno-Administracyjną Tanc-Budę i rozpieprzy ją w cholerę albo raz niech usłyszę, że mnie chociaż myślami wspiera. Nie wymagam, żeby rozumiał. Wystarczy słowo "wsparcie". Ech.
środa, 18 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz